Backstory Erena. Część I: dzieciństwo.

Uwaga: ciężkie tematy i przemoc! Część myśli przedstawiona jest z perspektywy osoby chorej psychicznie, więc proszę, miejcie do tego dystans i wyrozumiałość.

Wskazówka: Spróbujcie sobie wyobrazić, że te wszystkie sceny i jak Eren do was mówi, to jest coś podobnego do zakończenia z Aot kiedy Eren i Zeke chodzą i oglądają ten tego ten (if you know, you know, albo spytaj mnie na priv, bo nie chce jebnąć tutaj masowych spoilerów cnie).

Taki tekst to będzie to, co mówisz ty.
A to mówi Eren.

Jak chcecie klimacik, to pisałam to przy tych piosenkach: 
(!!!) https://www.youtube.com/watch?v=22VOzqS_9ms&ab_channel=BANGTANTV
https://www.youtube.com/watch?v=RXi5sj__AYI&list=RDMMRXi5sj__AYI&start_radio=1&ab_channel=MatrixSound
https://www.youtube.com/watch?v=uWeAPEqhxKY&ab_channel=heyyyla
https://www.youtube.com/watch?v=Ql-ZaOtZUgk&list=RDMM&start_radio=1&rv=22VOzqS_9ms&ab_channel=SlowedJams
https://www.youtube.com/watch?v=E8DNRTGDppk&ab_channel=AaryanShah

Będzie też tu parę nowych postaci, więc macie też nasze drzewo genealogiczne, jakby wam się coś pomieszało:
https://www.familyecho.com/?p=O2ZPI&c=bhugfruhdx&f=287773662834232745

Przyjmijcie, że Eren, który z wami rozmawia, ma 25 lat. Będzie to o tyle istotne, że czasami będę podawać, że to było np. 18 lat temu, licząc od tego, ile teraz Eren ma lat na ten konkretny moment.

I ogólnie dałabym więcej wspomnień z Kagamim, ale będą one w normalnym wątku, więc nie chciałam też marnować potencjału etc., you know.
---

Z pradziada na dziada, z ojca na syna.
Koło nienawiści kolejny krąg swój zaczyna.

Kolejny już raz widzę krew, pot i łzy.
Krzyk dziecka, szloch matki, i zniszczone sny.

Ojców twych twarze zlewają się w jedną.
Rządzą mym krajem swą męsko twardą ręką.

Stulecia cierpienia patrzą na mnie zza mgły
Więc pytam cię, mój drogi synu, kim staniesz się ty?


25 lat temu

Nanako: No spójrz tylko na niego, czyż on nie jest najsłodszym maluchem na całym świecie? Zobacz jak słodko śpi. - czarnowłosa kobieta spojrzała z uśmiechem na swojego męża, stojąc przy kołysce swego pierworodnego syna, który spał jak zabity, przytulając małego, pluszowego króliczka.
Atsushi: Mmmhm. - mężczyzna mruknął cicho i kiwnął potwierdzająco głową, uśmiechając się lekko kątem ust.

 Nagle, dziecko otworzyło swoje zaspane oczka i ziewnęło, lekko się przeciągając.

Nanako: Aw, zbudził się. Heeej mój mały bąbelku~! Dzień dobryyy! - kobieta powiedziała z ekscytacją, lekko łaskocząc po brzuszku swojego synka, który zaczął się uroczo śmiać. - Ma twoje oczy. Śliczne, jak bursztyn. - dodała z uśmiechem, przenosząc wzrok na ciemnowłosego.

 Mężczyzna spojrzał na swoją żonę i uśmiechnął się szerzej, a następnie przeniósł wzrok na leżącego w kołysce syna, podnosząc go po chwili na swoje ręce. Dziecko wtuliło się w klatkę piersiową ojca i spojrzało na stojącą obok matkę swymi wielkimi, niewinnymi ślepiami, trzymając przy tym swoją rączkę w buzi.

Nanako: Oh, jak kropla w kroplę. - czarnowłosa westchnęła z ekscytacją, kładąc dłoń na swym sercu. 
---
Nanako: Wyglądasz dokładnie jak twój ojciec, kiedy był młody. Jak kropla w kroplę. - kobieta powiedziała z uśmiechem, wpatrując się w oczy dorosłego już syna, trzymając przy tym dłoń na jego policzku. - Jak ten czas szybko leci... A niedawno patrzyłam jak śpisz w swojej kołysce. A teraz patrzę jak się wyprowadzasz... Serce mi zaraz pęknie. 
Eren: Mamo... Przecież wiesz, że będę wracać. - 19 letni brunet zaśmiał się cicho pod nosem i delikatnie zabrał dłoń matki ze swojego policzka, zatrzymując ją w swojej ręce.
Nanako: Wiem, wiem... Tylko sama świadomość tego, że wylatujesz już spod mojego skrzydła jest... Trochę dobijająca. Ale i tak zawsze będziesz moim małym, ślicznym chłopcem.
Eren: Ah... - brunet ponownie się zaśmiał i spuścił nieco głowę, zarumieniony, puszczając dłoń matki. - A wiesz może gdzie jest ojciec? Nie widziałem go dzisiaj w ogóle, a... Chyba wypadałoby się pożegnać.
Nanako: Wiesz przecież, że jest zajęty interesami. Ostatnio ma dużo na głowie.
Eren: No tak... Czemu mnie to nie dziwi. - złotooki westchnął, a uśmiech zaczął powoli znikać z jego twarzy. 

 Kobieta poczuła jak jej serce się łamie, widząc reakcję swojego najstarszego syna. Podniosła więc swoją rękę i ponownie położyła ją na policzku Erena, zwracając przy tym jego uwagę.

Nanako: Ty i twój ojciec od zawsze mieliście skomplikowaną relację. Ale wiedz, że on chce jak najlepiej dla ciebie, tylko okazuje to na swój sposób. 
Eren: Ta... Czasami mam wrażenie, jakby w ogóle mnie nie chciał... I że jest mną zawiedziony.
Nanako: No co ty, Eren... Twój ojciec jest z ciebie bardzo dumny. 
Eren: To fajnie by było, by sam mi to kiedyś powiedział...
--- 
Atsushi: Eren, spójrz na mnie. - mężczyzna powiedział spokojnym tonem, patrząc na siedzącego na łóżku szpitalnym syna.
Eren: M-m. - chłopak kiwnął przecząco głową, zakrywając oczy dłonią i zasłaniając całą twarz swoimi włosami. 
Atsushi: Eren... - szepnął z bolącym sercem ojciec, odgarniając włosy syna za ucho i delikatnie zdejmując dłoń z jego oczu. - Przepraszam.
Eren: ... - brunet spojrzał w ciężkim szoku na swojego rodzica, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. - Huh?
Atsushi: Wiem, że nie mówiłem ci tego często, ale... - mężczyzna patrzył w zaczerwienione, bursztynowe oczy swego dziecka, sam mając łzy w oczach. - Jestem z ciebie taki dumny. Jestem dumny, że wciąż żyjesz i że dałeś sobie radę z tym wszystkim. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że istniejesz... I że jesteś moim synem. Moim małym, ślicznym chłopcem...
Eren: ... - Eren spojrzał na swojego tatę wytrzeszczonymi, zdziwionymi oczami, które w zaledwie sekundę wypuściły miliony łez, zaczynających spływać rzewnie po jego policzkach. 

 Następnie, brunet schował swoją twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, zginając się w pół na łóżku. Dorosły mężczyzna, widząc to, otarł łzę uciekającą z jego jednego oka i usiadł obok syna na materacu, przytulając go do swojej piersi. 

 Wtedy nastała cisza. Cisza oznaczająca odwilż po długiej, bardzo mroźnej zimie, która zamroziła jego zniszczone serce, zamieniając je w kamień. Lecz widząc gasnące przed jego oczami słońce, które sam stworzył i powiesił na swoim pochmurnym niebie, gruby lód zaczął się powoli kruszyć i roztapiać, ponownie wprawiając zimne serce w ruch.

Ale ile mroźnych zim musiało minąć, by śnieg w końcu stopniał?
---
Eren: Ta. Za nic nie mogę się z nim dogadać. Nigdy nic mu nie pasuje. Staram się jak mogę, ale to wciąż jest dla niego za mało. Nie potrafię w ogóle złapać z nim wspólnego języka.
Nanako: Oj, Eren. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak bardzo podobni do siebie jesteście. Jesteś jak ojciec, wypisz wymaluj.
Eren: Ee, dzięki? Chociaż nie wiem, czy mogę uznać to za komplement. Dla mnie jesteśmy jak z dwóch innych galaktyk.
Nanako: Oj, nie przesadzaj. Na pewno z czasem uda wam się dogadać, zobaczysz... A wiesz w ogóle, że jak byłeś malutki, to strasznie lgnąłeś do taty? Byłam wtedy o to tak zazdrosna!
Eren: Co? Serio? Ja?
Nanako: Taak. Zawsze szukałeś okazji, by pokazać mu, jak bardzo go kochasz.
---
Eren: Tato, tato! Patrz co narysowałem!! - mały Eren podbiegł do swojego ojca, który siedział na krześle, pochłonięty królewskimi dokumentami, raportami i traktatami. 
Atsushi: Hm? - mężczyzna mruknął i spojrzał na skaczącego przy nim, małego brzdąca, który trzymał wysoko w swoich rączkach swe arcydzieło. - A cóż my tu mamy? Co to za arcydzieło? - król uśmiechnął się i podniósł syna, sadzając go na swoje kolana. 
Eren: To jesteś ty, to jest mama, ja i Satoru!
Atsushi: To jestem ja? - wskazał palcem na dosyć... Oryginalnie namalowaną postać w królewskich szatach.
Eren: Taaaak! Bo masz pelerynę jak bohater i suuper świecącą koronę!!
Atsushi: Podoba ci się moja korona?
Eren: Taaaaaaak! Jest taka duża i świecąca i taka fajna!
---
Eren: W dupie mam tą koronę! Mam ją gdzieś!
Atsushi: Coś ty powiedział?
Eren: To co słyszałeś! Mam tego wszystkiego już kurwa dość!
Atsushi: Wyrażaj się jak rozmawiasz ze swym ojcem!
Eren: Bo co? Znów mnie walniesz w twarz?!
Atsushi: Eren!
Eren: Pomyślałeś kiedyś, że nie jestem kurwa jakąś kukłą, którą można wytresować i położyć na jej łbie koronę?! Jestem też twoim synem do jasnej cholery!! Zapomniałeś już o tym?! Potrzebuję ojca, a nie króla! Taty, który będzie mnie wspierać i doradzać, co mam zrobić, a nie pana, który tresuje mnie i moich braci jak psy!
Atsushi: Zamilcz! Posuwasz się już za daleko, mój drogi!
Eren: Nie! Nie będę już dłużej milczeć! Bo jako następca tego jebanego tronu i twój najstarszy syn mam coś tu do powiedzenia!
Atsushi: Robię to wszystko dla twojego dobra, kiedy ty w końcu to zrozumiesz?!
Eren: Dla mojego dobra? Nie bądź śmieszny! Dla mojego dobra mógłbyś w końcu zdechnąć! - brunet powiedział przez zęby, patrząc z nienawiścią na swojego ojca. 
Atsushi: ...
Atsushi: Wyjdź.
Eren: Bo? Tylko tyle masz mi do powiedzenia? ''Wyjdź''?
Atsushi: Wyjdź powiedziałem. Nie chcę ciebie już dzisiaj więcej widzieć.
Eren: Ha... Hahaha! No tak! Najlepiej zamieść wszystko pod dywan i się obrazić.
Atsushi: I tak nie ma sensu z tobą dyskutować. Jesteś jeszcze dzieckiem, na dodatek bardzo pyskatym. Nic nie rozumiesz.
Eren: Jasne... Zawsze to ja nic nie rozumiem, a ty wiesz wszystko najlepiej. Czemu to akurat ty musisz być moim ojcem?
Atsushi: Czemu to akurat ty musisz być moim najstarszym synem? Aaron lub Satoru o wiele bardziej by się nadawali na mojego następcę niż ty. Z tobą są same problemy.


Ouć... To musiało boleć.

Bolało. Jak cholera.

Ile miałeś wtedy lat?

Szesnaście.

Tak mi przykro...

Daj spokój. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I tak teraz jest już lepiej.

Na prawdę?

Tak... Kiedy trafiłem do szpitala, coś się chyba w nim wtedy przestawiło. Zaczął być bardziej... Delikatny. I uczuciowy.

W sumie to nie narzekam. Szkoda tylko, że zrozumiał to tak późno, ale... Lepiej później niż wcale, nie?

Nawet mnie przeprosił, a to już jest coś.

I wybaczyłeś mu?

Nie.

Chciałbym, ale... To nie jest takie proste. 

Widzę, że się stara odkupić te wszystkie lata, ale... Trudno je naprawić w zaledwie kilka miesięcy. Szczególnie, że te blizny pozostaną najprawdopodobniej do końca mojego życia. 

Pewnie tak...

Anyway... 

Może nie rozwodźmy się już nad tym. I tak te krótkie migawki wspomnień nie oddają całej naszej relacji i mojego życia. W rzeczywistości, to wszystko jest jeszcze bardziej skomplikowane.

Chcesz mi je pokazać?

A chcesz to widzieć?

Jeżeli nie będziesz mieć 
z tym problemu...

Problemu? Nie... W końcu, po to tu jesteśmy.

To może zacznijmy od początku, co?

---
OKRES WCZESNEGO DZIECIŃSTWA
Do około 6 roku życia

Tak szczerze, to mało pamiętam z tego okresu. Tylko urywki jakiś wspomnień i takie... Najmocniejsze rzeczy, że tak powiem.

A co najlepiej pamiętasz?
Albo najmilej wspominasz?

Kagamiego... Ayato i Satoru... Jak moja mama była w ciąży i... Niektóre wyjścia z moim ojcem. To chyba w sumie tyle z takich najważniejszych rzeczy.

''Wyjścia'' z ojcem?

Tak. Kiedy byłem bardzo mały, i nie miałem jeszcze żadnych obowiązków ani żadnej nauki, a mój tato miał też wtedy trochę więcej czasu... To wychodziliśmy tak z raz, dwa razy w tygodniu gdzieś razem do lasu, do ogrodu albo na jakąś przejażdżkę konną. Tato często mi wtedy opowiadał różne historie lub legendy związane z danym miejscem. Albo ze zwierzętami, które zamieszkiwały tamte tereny. Dużo się od niego przez to nauczyłem. I w sumie to mogę powiedzieć, że to on zaraził mnie miłością do podróżowania i natury. Choć przyznam, że tak na prawdę nie interesowały mnie aż tak jego historie. Bardziej interesowało i intrygowało mnie to, jak o nich opowiadał... Z jaką radością i pasją... Jak patrzył na to wszystko, jak dogadywał się ze zwierzętami... Byłem tym zdumiony... Patrzyłem na niego jak na jakiegoś bohatera. Jak wszystko dobrze pamięta, jak zna las jak własną kieszeń, jak potrafił okiełznać wilka jednym ruchem ręki albo powalił niedźwiedzia gołymi rękoma. Był dla mnie swego rodzaju wzorem i podziwiałem go jak nikogo innego.

Poza tym, te nasze ''wyjścia'' to były nieliczne chwile, kiedy widziałem, jak mój ojciec szczerze się uśmiecha, dlatego bardzo je doceniałem. Szczególnie, że nie zdarzały się one aż tak często. Bo mimo tego, że tata zawsze starał się znaleźć dla mnie kilka chwil w tygodniu, to zdarzyło się niejednokrotnie, że musiał odwołać nasze spotkanie, bo miał po prostu za dużo na głowie. Jako dziecko nie rozumiałem tego, że jako król ma po prostu dużo obowiązków i tak dalej, więc za każdym razem jak odwoływał spotkanie, to miałem wrażenie, że tata mnie nie kocha albo że nie chce spędzać ze mną czasu. A jak już się spotykaliśmy, to nie miałem pewności, kiedy zobaczę go następnym razem, więc... Każda spędzona z nim chwila była dla mnie na wagę złota. Zawsze wyczekiwałem jako maluch tego dnia, w którym spędzę z tatą parę godzin. Byłem wtedy wniebowzięty, że w końcu go widzę. I pamiętam, że rysowałem mu rysunki i laurki... I później wszystkie je mu pokazywałem, bo chciałem mu dać znać za każdym razem, jak bardzo go podziwiam i jak bardzo za nim tęsknię.

Więc mimo wszystko, lubiłem i kochałem mojego tatę. Dopiero z czasem to wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy zacząłem dorastać. Wtedy zacząłem czuć, że bardzo się od niego oddalam. A raczej, że on oddala się ode mnie. Ale o tym trochę później.

Hm, rozumiem. Jakie wyjście
z tatą wspominasz najlepiej?

Hm... Dobre pytanie. Było kilka takich chwil, ale gdybym miał wybrać jedną, to zdecydowanie byłby to dzień, w którym znaleźliśmy Ayato w lesie. Był taki malutki i taki przerażony... Jak ja, z resztą. Pamiętam, że jak pierwszy raz spojrzałem w jego oczy, to zobaczyłem w nich samego siebie...
---
Zima. Eren miał wtedy koło 4-5 lat.

Eren: Ale ja nie chce czapki! - nadąsany, mały brunet trząchał głową jak opętany, by tylko służąca nie założyła mu tego jakże okropnego, wełnianego hełmu na głowę.
Służąca: Ależ książę, będzie paniczowi zimno w uszy.
Eren: Nie chcę! Nie chcę! Strasznie szczypie i jest niewygodnie!
Atsushi: Oj, Eren... - westchnął wychodzący na korytarz król, ubrany w zimowe, wyjściowe szaty, biorąc od służki wełniane nakrycie głowy. - Dlaczego nie chcesz nałożyć swojej czapki? Patrz jaka fajna, z liskiem. - dodał spokojnie, kucając przed dzieckiem i pokazując mu nadruk liska z przodu.
Eren: Bo jest niewygodnie! Nie będę jej nosić! - powiedział nadąsany, patrząc na swojego tatę.
Atsushi: Ale będzie ci zimno w uszka i w nosek. Będzie szczypać, o tak. - mężczyzna uśmiechnął się, łapiąc malutki nosek Erena pomiędzy swój kciuk i wskazujący palec, lekko nim ciągając na boki.
Eren: Tatooo przestaaaaań! - krzyknął niezadowolony, wymachując rączkami.
Atsushi: A będziesz dobrym chłopcem i nałożysz czapkę? - zapytał, puszczając jego nos.
Eren: Będę... - szepnął, jeszcze bardziej niezadowolony, i spuścił głowę. 

 Wtedy, ojciec nałożył mu ostrożnie czapkę na głowę i poprawił ją, by dokładnie zakrywała jego drobne uszka, a następnie złapał syna za podbródek, podnosząc jego główkę do góry.

Atsushi: No już, głowa do góry. Nie dąsamy się i idziemy. Daj rączkę. - ciemnowłosy wyprostował się ponownie i wyciągnął rękę do syna, który złapał ją od razu i uśmiechnął się od ucha do ucha.

 Następnie, obaj wyszli z eskortą z pałacu i od razu skierowali się do królewskich stajni, gdzie już czekał przygotowany wcześniej wierzchowiec - rosły, ciemnogniady koń szwedzki, z czarnym siodłem, ogłowiem i czaprakiem na grzbiecie. Król puścił rączkę syna i wsiadł umiejętnie na konia, a następnie wyciągnął swoje ramiona, czekając aż służba podniesie małego brzdąca i poda mu go do siodła. 

Atsushi: Gotowy? - rzekł ojciec, usadzając uważnie syna przed sobą w siodle. 
Eren: Tak!
Atsushi: To jedziemy. Tylko trzymaj się mocno, dobrze?
Eren: Tak, tato!

 I wtem, wyruszyli z eskortą, która liczyła osobistą ochronę króla, ze stajni, kierując się w stronę najbliższego, aerdyńskiego lasu. Nie śpieszyli się ani nie biegli jak opętani do przodu, tylko spokojnie szli stępem, podziwiając okoliczne widoki i pięknie ośnieżone drzewa. Wkrótce, wszyscy weszli do gaju i zaczęli kierować się na obraną wcześniej przez króla, dużą i śliczną leśną polanę.
 Po kilkunastu minutach, byli już na miejscu, więc Atsushi zarządził postój i rozkazał straży pilnować okolic polany podczas, gdy on sam zszedł z konia i wyciągnął ręce do swojego syna.

Atsushi: No, zeskakuj, słońce. Opa! - ciemnowłosy złapał Erena w ramiona, ostrożnie stawiając go na ziemi i łapiąc jego małą rączkę. 
Eren: Yeeey! Ale tu ładnieee! - krzyknął uradowany brunet, rozglądając się dookoła i idąc obok taty. 
Atsushi: Podoba ci się?
Eren: Taaaaak!

 I tak, ojciec i syn rozpoczęli swój cotygodniowy spacer. Atsushi zaczął opowiadać dla Erena kolejną ze swoich historii, a on słuchał tego w miarę uważnie, patrząc się to na tatę, to na ośnieżone drzewa. Jednak nagle, po parunastu minutach, Eren zauważył coś dziwnego leżącego w śniegu, od razu zwracając się do taty.

Eren: Tato, tato, patrz! - powiedział złotooki, wskazując palcem na leżące na śniegu, zakrwawione truchło wilka.
Atsushi: Hm? Zaczekaj tu chwilkę, ok? Zaraz przyjdę.
Eren: Mhm...

 Maluch kiwnął potwierdzająco głową i puścił rękę taty, który powoli zaczął zbliżać się do leżących w oddali zwłok zwierzęcia. Mężczyzna zaczął oglądać je z odległości, marszcząc brwi w zastanowieniu i rozglądając się dookoła. Przez ten cały czas, Eren patrzył na tatę z przekrzywioną głową, cierpliwie czekając aż ten wróci. Jednak po paru dłużących się dla niego minutach, postanowił podbiec do ojca, zaciekawiony nową, niespotkaną wcześniej sytuacją. Wtedy ujrzał coś dla niego okropnego - martwe truchło wilka, rozerwaną na strzępki skórę na brzuchu i w okolicach karku, a także czerwoną kałużę krwi, która wsiąkła w otulający zwłoki śnieg.

Eren: Yaaaaaaa! - Eren krzyknął głośno i od razu zaczął płakać, momentalnie zwracając uwagę ojca.
Atsushi: Hm? No, już już, cichutko... - mężczyzna od razu podniósł płaczącego syna na ręce i wtulił go w swe ramię, próbując go uspokoić. - Już, ciii... Tato jest tutaj...

 Mężczyzna trzymał Erena w ramionach, gładząc delikatnie go po głowie, by się trochę uspokoił. Wciąż jednak patrzył na dziwnie wielkie jak na zwykłego wilka truchło, i zauważył wtedy schowanego za dużą głową matki, małego szczeniaczka, który trząsł się z zimna i ze strachu. Brunet zmarszczył brwi i obszedł ciało dookoła, by dokładniej przyjrzeć się szczeniaczkowi, oddalając się również od traumatycznego dla małego Erena widoku krwi i wystających z rozciętego brzucha flaków. 

Atsushi: Eren, zobacz... - szepnął, gładząc jego włosy.
Eren: ... - zapłakany maluch odwrócił powoli wzrok, spoglądając na tatę zapłakanymi oczami.
Atsushi: Spójrz... O tam. 
Eren: Boję się...
Atsushi: Nie ma już się czego bać, nie martw się.

 Eren spojrzał wtedy ostrożnie w kierunku, który wskazał tata i ujrzał skulonego, złotookiego szczeniaczka, który piszczał wniebogłosy i patrzył na nich z przerażeniem.

Eren: Piesek... - powiedział zainteresowany, ciągając noskiem.
Atsushi: To nie jest piesek. To jest mały wilk.
Eren: Wilczek?
Atsushi: Mhm.
Eren: A to jego mama?
Atsushi: Mhm...
Eren: Biedny wilczek... A gdzie jego tata?
Atsushi: Nie wiem. Chyba nie ma taty.
Eren: Oj... A możesz być jego tatą? Jesteś moim tatą, więc możesz też być jego tatą, prawda?
Atsushi: Ja? Haha... My jesteśmy ludźmi, Eren. A to jest wilk, zwierzę. Nie mogę być jego tatą.
Eren: Nie? Oh... To co będzie teraz z małym wilczkiem, jak nie ma mamy ani taty?
Atsushi: Pomożemy mu znaleźć nową mamę. - ciemnowłosy uśmiechnął się i odstawił ponownie synka na ziemię. - Tylko teraz nie ruszaj się nigdzie i stój w miejscu, dobrze? Bo wilczek ucieknie.
Eren: Dobrze, tato...

 Wtedy, mężczyzna zaczął podchodzić do skulonego przy martwej matce szczeniaczka, wystawiając rękę, by ten mógł się z nim zaznajomić. Wilczek na początku szczekał i warczał, gdy Atsushi zaczął się do niego zbliżać, lecz gdy zobaczył, że nie ma złych zamiarów, zaczął piszczeć ze skulonymi uszkami i ogonkiem, wąchając uważnie jego rękę. 

Atsushi: Hm... - ciemny brunet uśmiechnął się i spojrzał w tył na swojego syna, sygnalizując mu ręką, by podszedł bliżej. 

 Eren zaczął iść powoli w ich stronę, prawie przewracając się 5 razy w sięgającym mu po kolana śniegu, lecz dotarł w końcu w jednym kawałku, stając obok taty.

Atsushi: Daj rękę, tylko bez gwałtownych ruchów.

 Złotooki podał bez wahania dla taty swoją rękę, ufając mu najbardziej w świecie, i patrzył z zastanowieniem i zaintrygowaniem na wąchającego jego dłoń wilka, który trząsł się z zimna.

Eren: Chyba mu zimno... - szepnął, zmartwiony.

Bez większego zastanowienia, Eren podszedł bliżej szczeniaka i zdjął swoją czapkę, nakładając ją odważnie na głowę i uszy psowatego, klepiąc i naciągając ją jak najbardziej było można, tak, jak robił to wcześniej jego tata.

Eren: Proszę panie wilczku. Trochę niewygodna, ale będzie ciepło. Tak mówił tata, że czapkę trzeba nosić, bo inaczej w nosek będzie szczypać. 
Atsushi: ... - mężczyzna spojrzał z zaintrygowaniem na swojego syna, powstrzymując swój śmiech wywołany całą tą sytuacją i tym, że wilk dosłownie zatapiał się w tej ogromnej na jego rozmiary czapce, co wyglądało przekomicznie.

Wilk dodatkowo zaczął rozglądać się dookoła i iść na ślepo przed siebie, zupełnie nic nie widząc spod czapki. 

Eren: Tato, a możemy go zatrzymać? - dodał Eren, patrząc na idącego w jego stronę szczeniaka. - Nazwę go... Ayato. Skoro nie ma taty ani mamy, to ja będę jego tatą. - powiedział zupełnie poważnie, biorąc wilka na rączki. 
Atsushi: Hm? - westchnął zdziwiony, chichocząc na końcu. - Erenku, jesteś za mały na bycie tatą. Ale jak chcesz, to możesz być jego bratem, co ty na to?
Eren: Bratem? Ayato, chcesz być moim bratem? - zapytał z uśmiechem Eren, patrząc na wyłaniającego się spod objęć czapki zwierzaka, który pisnął i spojrzał mu prosto w jego bursztynowe oczy. - Chcesz? Ale super! Tato, tato, Ayato powiedział, że chce!
Atsushi: Powiedział? - zapytał z zastanowieniem, marszcząc brwi.

 Wtedy, zwierzę spojrzało na niego, wciąż trzęsąc się z zimna w ramionach małego Erena.

Ayato: Zimno... Głodny... 
Atsushi: Huh... Ciekawe... - mężczyzna westchnął, rozumiejąc już całą sytuację i to, co mówi wilk. - Chodź, Eren. Wracamy do domu. Musimy zająć się twoim nowym przyjacielem.
Eren: Czyli zabieramy go? Taaaaak! Słyszysz, Ayato? Jedziemy do domku! Nie martw się, starszy brat się tobą zajmie! Ojeju, ale będzie fajnie!
---
Hahahahah! O matko... Piękne czasy.

Haha, a jak od razu wcielił
się w rolę!

No cóż mogę powiedzieć, miano starszego brata zobowiązuje.

No właśnie... Co do bycia starczym
bratem. Jak było z Satoru? Wiem, że
teraz nie za bardzo się dogadujecie.

Tak... Dużo rzeczy nas poróżniło jak dorastaliśmy. Satoru też bardzo się zmienił. Jako dziecko był zupełnie inny. Nie był taki... Chłodny.

Ale jak byliśmy dziećmi, to całkiem nieźle się dogadywaliśmy. Szczególnie, że dzieli nas różnica tylko pół roku, więc obaj byliśmy najstarsi i z początku zawsze trzymaliśmy i bawiliśmy się razem. Dopiero później doszła reszta, że tak powiem.

A więc co poszło nie tak
między wami?

Dużo. Bardzo dużo. Szczególnie to zaczęło się zmieniać, gdy Satoru podsłuchał rozmowę rodziców i dowiedział się, że nie jest naszym biologicznym bratem, tylko przyrodnim. Od zawsze był dosyć... Specyficzny. Ale po tym zaczął być bardziej agresywny, zaczął bardziej pyskować do ojca, cały czas się ze mną kłócił i miał mi za złe, że ojciec poświęca mi tyle uwagi, bardzo się zdystansował w stosunku do mnie i rodziców, i w ogóle... Przestaliśmy się tak dobrze dogadywać i zaczęliśmy się ostro kłócić.

To już nie był ten sam Satoru, z jakim bawiłem się jak byliśmy mali. To był już zupełnie inny człowiek. I wątpię, że kiedykolwiek wróci to, co kiedyś mieliśmy. 

W sumie, to trochę żałuję, że nasza relacja się tak potoczyła. Myślę, że nawet jak dzieli nas tylko pół roku, jednak jako jego starczy brat, powinienem był go bardziej wspierać i mniej myśleć o sobie. W końcu, nie codziennie dowiadujesz się, że osoba, którą od zawsze uważałeś za swoją matkę, tak na prawdę nią nie jest, i jesteś inny niż wszyscy twoi bracia. Jedyny z innej matki, której tożsamości na dodatek nie znasz. To musiało być dla niego ciężkie.

Myślę, że po części to przeze mnie Satoru się tak zmienił. I nie jestem z tego dumny.
---
Wiosna. Eren - 5 lat; Satoru - 4; Aaron - 3; Rin i Hiyori - roczek.

Eren: Nie widać mnie... - brunet zakrył swoją twarz dłońmi, siedząc po turecku na podłodze, na przeciwko swojej rocznej siostry i jej brata bliźniaka. - Bu! Widać mnie!

 Eren nagle odkrył swoją twarz, patrząc z uśmiechem na brata i siostrę, którzy zaczęli się słodko śmiać.

Satoru: Teraz ja, teraz ja! - czarnowłosy przybliżył się do starszego brata i ponowił zabawę, również uzyskując na koniec śmiech bliźniaków. 

 Nagle, do pokoju weszła mama rodzeństwa, z ziewającym co chwila Aaronem na rękach.

Nanako: Chłopcy, starczy już na dzisiaj zabawy. Trzeba zaraz iść do spania. 
Eren: Oj, no weź, mamooo!
Satoru: Jest jeszcze wcześnie! Chcemy się bawić!
Nanako: Ah... No dobrze, macie jeszcze pół godziny. Ale i tak muszę położyć Aarona i bliźniaki spać, więc pobawcie się sami, dobrze?
Satoru: Eren, Eren! Idziemy bawić się w chowanego? - Satoru nagle zwrócił się do Erena, z ekscytacją na twarzy.
Eren: Ooooooooo! - brunet westchnął z radości, jakby to był najlepszy pomysł w całym jego życiu. - Idziemy! Chodź, Sa-chan! 

 Wtedy, złotooki złapał rękę brata i wstał szybko z podłogi, wybiegając z nim z komnaty.

Eren: Kto pierwszy do biblioteki! Start!
Nanako: Tylko uważa-... jcie.... Eh...

Satoru: Ha, wygrałem! - powiedział dumny z siebie Satoru, gdy skończyli wyścig przez prawie połowę pałacu i byli już w zupełnie innym skrzydle, który był ustaloną ''metą''. 
Eren: Ne ne ne ne! Głupi zawsze ma szczęście! - brunet wystawił język, dąsając się.
Satoru: Dobra, dobra, po prostu jestem lepszy i tyle.
Eren: Ta jasne, zaraz się przekonamy kto jest lepszy. Ja się pierwszy chowam!
Satoru: Nie, bo ja!
Eren: Ja!
Satoru: Ja!
Eren: No doobra, dawaj papier kamień nożyce.
Satoru & Eren: Papier, kamień, nożyce! - chłopcy zaczęli grać, 3 razy powtarzając rundę, którą na koniec wygrał Eren 3 do 2.
Satoru: Ej, to nie sprawiedliwe! Oszukiwałeś!
Eren: Wcale, że nie! 
Satoru: A wcale że tak!
Satoru & Eren: Ne ne ne ne! Haha! - obaj chłopcy wystawili języki w tym samym czasie, na końcu wybuchając śmiechem.
Eren: Dobra, liczysz do 30!
Satoru: Nie, to za długo! Do 20!
Eren: To do 25.
Satoru: Dobra! Raaaaaaz... - Satoru zaczął liczyć, zakrywając oczy dłońmi. 

 Po odliczaniu, Satoru zaczął szukać Erena w wyznaczonym regionie pałacu. Jednak mijały kolejne minuty, a czarnowłosy wciąż nie mógł znaleźć bruneta, mimo tego, że przeczesał każdy kąt wyznaczonego obszaru.

Satoru: Ej, Eren, gdzie jesteeeeeeś! To nie fair, na pewno oszukujesz! - krzyknął zniecierpliwiony.

Ej, rzeczywiście cię nigdzie nie ma...
Gdzieś ty się schował?

Hahaha! Byłem mistrzem tej gry. Nie znajdziesz mnie.

Zakład?
Dawaj.

Satoru: Ereeen nooo! Gdzie jesteś, to już nie jest śmieszne!
Eren: Haha!
Satoru: O! Słyszałem cię! Gdzie jesteś?
Eren: Nie ma mnie!

Ej, serio cię nie widzę.

Popatrz w górę.

Co?! Jak ty tam wszedłeś?!


Ha! Sekret mistrza. 

Satoru: No weź noo!
Eren: Bu! - brunet zeskoczył nagle z żyrandola na podłogę, strasząc Satoru od tyłu.
Satoru: Aaaa!
Eren: Hahahaha! Wygrałem!
Satoru: Oszukiwałeś!
Eren: A wcale, że nie! 
Satoru: Nie można chować się na suficie!
Eren: Nie było, że nie można!
Satoru: Dobra dobra! Teraz ty liczysz, a ja się chowam!

Eren: Ha! Mam cię! - Eren odsłonił nagle kurtynę, wyjawiając chowającego się za nią Satoru i zaczynając go łaskotać.
Satoru: Ej, jak ty-... Hahahahah! Przestań! To łaksocze, haha!
Eren: Mordercze łaskotki! Muhahaha! 
Satoru: Przestaaań! - krzyknął czarnowłosy, padając z Erenem na podłogę, cały czas się śmiejąc. - Przestań, bo cię walnę!
Eren: Nie ma opcji!
Satoru: A masz! - czarnowłosy chciał walnąć brata, by przestał go łaskotać, lecz ten przesunął się nieco w bok, robiąc unik.
Eren: Bam! Magiczny unik!
Satoru: Kula mocy!
Eren: Tarcza!
Satoru: Magiczny kopniak!
Eren: Ałaa! To bolało!
Satoru: Masz za swoje, kleszczu!
Eren: To ty jesteś kleszczem!
Satoru: Ty też, więc się nie popisuj!
---
Boże, haha! To były czasy.

Brakuje mi czasem tego, że nie potrafię się już z nim tak dogadywać jak kiedyś.

Dogadywać? Przecież wy cały czas 
rywalizowaliście ze sobą albo 
darliście się na siebie.

Tak, ale to nie było na poważnie. 

W sensie... Wtedy to było bardzo poważne cnie, ale to tylko zabawa. Nic szczególnego.

Ta... Widać.

Ej, a jak było z Kagamim?
Jak się poznaliście?

Eee... Kurde, dobre pytanie.

Ale wydaje mi się, że pierwszy raz poznaliśmy się na balu z okazji Święta Ognii.

Ile mieliście wtedy lat?

Ze trzy chyba? Może cztery... Coś w tym stylu.
---
Jesień. Eren i Kagami mieli wtedy po około 3-4 lata.

 Piękna, jesienna pora, gdy drzewa zaczęły zmieniać swoje kolory, a liście i kasztany opadać na ziemię. A pośród tego - oba Królestwa Ognia pięknie przyozdobione z okazji świąt. Różne banery, festiwale, flagi i kolory, a także przydrożne i domowe ogniska, która nadawały ciepła i blasku tegorocznym świętom. 

 Podobnie było również w pałacu w Aenye, w którym odbywało się tegoroczne Święto Ognii. Wszyscy najwybitniejsi i najzamożniejsi goście bawili się na ogromnej sali balowej, jedli najznakomitsze potrawy lub tańczyli na parkiecie, wirując w koło ze swoim partnerem. 

A pośród tego, zagubiony i krzątający się pomiędzy ''gigantycznymi dorosłymi ludźmi'' Eren, który zgubił swoich rodziców i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.

Eren: Maaamoo! - wołał i wołał, lecz głośna muzyka i rozmowy zagłuszały jego krzyki. - Mam-... Auć!

 Nagle, mały brunet wpadł na kogoś, zderzając się z nim czołem, czego skutkiem był dosyć bolesny upadek na ziemię i bolące czółko.

Eren: Ała... - szepnął ze łzami w oczach, trzymając się za swoje czółko.
Kagami: Ojeju, przepraszam, nie widziałem cię! - rzekł zmartwiony blondyn, wyciągając do niego rączkę, by pomóc mu wstać.

 Eren spojrzał w górę na stojącego przed nim chłopca i pierwsze, co zauważył, to te piękne, świecące, rubinowe oczy oraz anielską wręcz twarz i posturę chłopca, na którego dodatkowo padało połyskujące światło z bogato zdobionych żyrandoli.

Eren: Woah... Anioł...
Kagami: Huh? Ja? Tak, jestem aniołkiem. Skąd wiedziałeś?
Eren: Świecisz się... - powiedział z zachwytem, patrząc na chłopca jak na piękny obrazek, wstając również na nogi z jego pomocą.
Kagami: Ty też się świecisz, masz oczy jak bursztyn! Albo jak żółtko!
Eren: Bursztyn? Co to bursztyn? - zapytał zaciekawiony, przekrzywiając lekko głowę do boku. 
Kagami: Bursztyn to takie fajne świecące coś! Często są tam zatopione robaki!
Eren: Fuuuuu! Nie jestem robakiem!
Kagami: To będziesz żółtkiem.
Eren: Nie jestem żółtkiem!
Kagami: Ale masz oczy jak żółtko.
Eren: To w takim razie ty jesteś pomidorem, bo masz oczy jak pomidor! O!
Kagami: Haha! Dobra! - mały blondas zaśmiał się, pokazując swój wyszczerbiony uśmiech. - A tak w ogóle to jestem Kagami. 
Eren: Ja jestem Eren!
Kagami: Chcesz zostać przyjaciółmi?
Eren: Taaaaaak!
Kagami: Ale super! To od teraz jesteśmy przyjaciółmi! Chcesz się w coś pobawić? Nudno tu...
Eren: Tak, ale w co?
Kagami: Hm... Oo! Pobawmy się w smoki! Bawiłeś się kiedyś w smoki????
Eren: Taaaak! Ja będę takim czarnym ze złotymi łuskami! I mam moce dobre, złe, słabe i mocne!
Kagami: O, dobra, to ja też! Tylko będę czerwony!
Eren: Dobra!
Kagami: Dobra, to lecimy! - krzyknął uradowany, rozstawiając ręce i biegnąc gdzieś, machając nimi.
Eren: Gdzie lecimy??? - krzyknął Eren, ''lecąc'' obok Kagamiego.
Kagami: Zobaczysz! Tylko leć za mną, bo król smoków rozstawił dużo pułapek po drodze i musimy się trzymać razem!
---
...

Nie pytaj, na prawdę.

Serio tak się poznaliście?

No. Dzwonki przeznaczenia i te sprawy, haha.

Cóż, ale po tym bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy i staliśmy się praktycznie nierozłączni. Często było tak, że nocowaliśmy raz u mnie, a raz u Kagamiego i tak dalej.

Czyli można powiedzieć, że
byliście jak bracia?

Noo... Powiedzmy?

Skąd to zwątpienie?

Wydaje mi się, że to było coś więcej niż ''braterska miłość''. Kagami był moim pierwszy crushem z dzieciństwa, więc...

Co? Serio?

Tak. Cóż... Przysięgaliśmy sobie... Różne rzeczy. I zawsze nie mogłem się doczekać, jak znów się zobaczymy.

Był kimś więcej niż tylko moim najlepszym przyjacielem, lecz jako dziecko nie potrafiłem tego zrozumieć.
---
Gdy Eren i Kagami mieli po ok. 4 lata

 Lato. W końcu nastał ten wyczekiwany przez wszystkich, piękny i słoneczny dzień. Dzień świąt, festiwali i kolorowych parad. Wszystkie ulice w Aerdyn i Aenye ozdobione były bogatymi ozdobami, herbami i flagami, dając znak dla całego świata, że nadchodzi Dzień Jedności, czyli coroczna uroczystość podpisania pokojowego traktatu między bliźniaczymi Królestwami Ognia. Na ten jeden dzień, wszyscy zapominali o jakiejkolwiek rywalizacji i nienawiści między sobą nawzajem. Wszyscy ponownie byli jak bracia i siostry, jakby te całe stulecia rozłąki w ogóle nie miały miejsca.

 W całej stolicy rozbrzmiał dźwięk powitalnej orkiestry i wiwat tłumów ludzi, witających parę królewską w raz z dziećmi, którzy przekroczyli już granicę i wjeżdżali bogato ozdobioną karocą do stolicy Aerdyn, kierując się w stronę pałacu. 

Kagami: Uwoooooaaaaaaaaaah! Mamo, mamo! Patrz! - mały blondas wskazał małym paluszkiem na mijane przez nich tłumy ludzi, z wszelkiego rodzaju flagami, banerami i confetti. 
Ashild: Woooah! Altair, patrz! - krzyknęła po chwili zachwycona siostra do swojego brata bliźniaka.
Altair: Wooooah...
Kagami: Mamo, mamo, a daleko jeszcze?
Asuna: Jeszcze trochę, synku. - rzekła z szerokim uśmiechem kobieta, głaszcząc swojego syna po głowie. 
Kagami: A teraz?
Asuna: Jeszcze troszkę.
Kagami: A teraz?
Arisue: Kagamiś, słonko... Bądź cierpliwy, za chwilkę dojedziemy.
Kagami: A będzie Eren? Będzie? Będzie? Mamo?
Asuna: Będzie, będzie, synku.
Kagami: Yeeeeeeeeey!

Z drugiej strony...

Eren: Mamo, mamo! Kiedy będzie Kagami? - zapytał mały brunet, patrząc na swoją mamę swoim wielkimi, bursztynowymi oczami.
Nanako: Za chwilkę powinni być. - rzekła z uśmiechem kobieta, trzymając małego Aarona na rękach. 
Eren: Ale ja się nuuuuudzęęęęę!
Nanako: To pobaw się chwilkę z Satoru, dobrze?
Eren: Ok! Saaaaaaatooooooooooooruuuuuuuuuuu! - brunet wzruszył ramionami i zaczął biegać po całym pałacu, krzycząc na cały regulator.

 Po paru minutach, państwo Taiga wraz z dziećmi znaleźli się w pałacu rodu Kurushimi, będąc jeszcze dodatkowo witani przed samymi drzwiami wejściowymi do sali tronowej. Rodzina goszcząca ich i organizująca całą tegoroczną uroczystość czekała już na nich, gotowi przyjąć powitalny prezent, co jest tradycją od stuleci.

Arisue: Atsushi! Stary druhu! Z roku na rok masz coraz więcej zmarszczek, zdumiewające! - rzekł z uśmiechem król Aenye, podając rękę swojemu staremu przyjacielowi z uśmiechem.
Atsushi: Mógłbym powiedzieć o tobie to samo. - dodał, lekko się uśmiechając i również ściskając stanowczym uściskiem jego dłoń. 
Eren: KAGAMI!
Kagami: EREN!

 Dwójka małych, rozbrykanych brzdąców zerwała się nagle z miejsca, zauważając siebie nawzajem i wpadła sobie w ramiona, podskakując w miejscu.

Kagami: Czekaj, czekaj, musimy zrobić to oficjalnie jak ćwiczyliśmy.
Eren: O, dobra!
Kagami: Cześć, witam, witam. - powiedział czerwonooki blondyn, podając swoją rączkę dla bruneta.
Eren: Witam, witam, pana. -  złotooki złapał rękę przyjaciela, ściskając ją i machając tak, jak robili to ich rodzice.
Kagami: O nie, to ja pana bardzo witam.
Eren: Nie, nie, ja witam pana bardziej.
Kagami: To ja witam pana bardziej bardziej.
Eren: To ja witam pana bardziej bardziej bardziej. - mówili to, bez przerwy machając złączonymi w uścisku rękoma.
Kagami: ...
Eren: ...
Kagami: Ręka mnie już boli.
Eren: Mnie też. - patrzyli sobie w oczy, wciąż machając rękoma. - Chcesz zobaczyć moje nowe zabawki?
Kagami: Taak!
Eren: Yeey! - brunet krzyknął z radości i puścił w końcu rękę Kagamiego, od razu zwracając się do taty. - Tato, tato, możemy iść się pobawić? Możemy? Możemy?
Atsushi: Ah... - mężczyzna westchnął z niedowierzaniem, uśmiechając się jednak delikatnie na uroczą niewinność dzieci. - Tak, tylko bądźcie ostrożni.
Eren: Yeeeeey! Chodź, Kagami, idziemy! - ciemnowłosy klasnął kilka razy w rączki i złapał dłoń swojego przyjaciela, zaczynając biec i prowadzić go do swojego pokoju. - Rodzice kupili mi takie duuuuuuże klocki ze strażakami, wiesz!!
Kagami: Oooooo jaciee! Ale suuuper!

 Po paru godzinach dyskusji przy traktatach, a później przy kawie, w końcu nadeszła pora, by rodzina Taigów zebrała się i pojechała z powrotem do domu. Rodzice szukali z początku syna po korytarzach, jednak później wszyscy sobie przypomnieli, że pewnie obaj Eren i Kagami są u niego w pokoju, bo nikt nie widział, żeby stamtąd wychodzili. I tak więc rodzice skierowali się do komnaty małego bruneta i gdy już tam dotarli, ujrzeli jeden z najsłodszych widoków na całym świecie. Mianowicie, dwójka małych brzdąców spała uroczo na podłodze w swoich objęciach, owinięta sobą nawzajem tak ciasno, jakby ktoś zaraz miał ich rozdzielić. Szczególnie Eren, który był owinięty wokół Kagamiego niczym koala.

Asuna: Awww, tylko spójrzcie na nich! Są przesłodcy... - szepnęła z ekscytacją kobieta.
Arisue: Tak, aż szkoda ich budzić.
Atsushi: Kagami może zostać u nas na noc, to nie będzie żaden problem.
Arisue: O! Dzięki, stary druhu. To zostawiamy naszego małego aniołka w waszej opiece, a my znikamy. Altair! Ashild! Ubieramy się!
---

Ah... Szkoda, że te czasy już nie wrócą.

Trochę mi brakuje tej beztroski i braku jakichkolwiek obowiązków. I tego spokoju...

Niech zgadnę... Tutaj kończy się zabawa?

Ta...

Wydaje mi się, że gdy miałem 6 lat... Wtedy nastąpił taki ''snapping point''. 

Czemu? To znaczy... Co spowodowało,
że tak nagle wszystko się zmieniło?

To nie był jeden czynnik, tylko kilka złożonych, nawarstwiających się czynników.

Jednym z nich było to, że byłem już w takim wieku, w którym ''normalne dzieci'' zaczynają iść do szkoły, więc... Zacząłem chodzić na lekcje, tyle że w pałacu, z królewskimi profesorami. Ale oprócz zwykłych przedmiotów takich jak, nie wiem... Nauka pisania na przykład, miałem też te ''arystokracie'', że tak powiem. Czyli szachy, sztuki walki, sztuka, pianino, królewska etykieta i tak dalej i tak dalej... Musiałem przez to spoważnieć w dosyć krótkim czasie i przejść z ''trybu dziecka'' na ''tryb uczenia się na następcę'' cnie. Ale nie rozumiałem wtedy tego do końca, wiedziałem po prostu, że mam się dużo uczyć i tyle. No, a minusem tego było to, że fizycznie nie miałem już tyle czasu na zabawy z rodzeństwem i Kagamim albo na wyjścia z ojcem. 

Z resztą... Tata bardzo zmienił się przez jedno, konkretne wydarzenie i... Między nami to nie było już to samo. Zaczął wydawać się dla mnie taki... Obcy. Wiesz, taki... Odległy, oschły i poza zasięgiem ręki. To już nie był ten sam tata, z którym jeździłem na wycieczki jak byłem mały. Zamiast tego, stał się po prostu ''moim rodzicielem'' i mentorem, po którym miałem przejąć stanowisko. Odczuwałem to tak, jakby nasza relacja stała się bardzo... Formalna.

Dlaczego?

No bo... Ojciec zaczął mieć coraz więcej obowiązków, a też, moi bracia zaczęli dorastać, więc trzeba było jakoś podzielić ten czas między nami, a ja ''nie byłem już dzieckiem, z którym trzeba się bawić''. Już nie jeździliśmy często na jakieś konne wyprawy albo nie chodziliśmy na spacery, tylko najczęściej spędzaliśmy czas w jego biurze. On wypełniał cały czas jakieś dokumenty, a ja miałem się zająć sobą lub... W ogóle się nie spotykaliśmy. Chyba, że chodziło o lekcje lub treningi.

Ale co się wtedy stało,
że 
aż tak się zmienił?

Miałem wtedy koło 6-7 lat. Miało miejsce wtedy wydarzenie, które zwane jest wśród ludzi jako ''kryształowa noc''. Nasz pałac został zaatakowany przez zorganizowaną grupę przestępczą. Na dodatek bardzo niebezpieczną, bo posiadali bronie ze świętej stali i drewna, czyli takie, które są w stanie zranić i zabić bogów. Pałac został najechany... Zapanował chaos. Mordowali służbę, pracowników... Było bardzo dużo krwi. Lała się litrami. A moja mama była wtedy w ciąży z Hiroto, więc była zupełnie bezbronna, a my byliśmy jeszcze za mali, by się bronić, a co dopiero bronić innych i naszej mamy. Tato więc wezwał na pomoc swoich braci i siostry i wysłał posłańca do Aenye... Ale podejrzewam, że został zamordowany zanim zdążył tam ogóle dotrzeć, bo pomoc z ich strony pojawiła się dosyć późno i tak na prawdę po fakcie. Było na prawdę dużo ofiar, w tym starsza siostra mojego taty, ciocia Rena, a mama została ciężko ranna. A ja... Cóż...

Co się z tobą stało?

Zostałem uprowadzony. Typ był wyszkolonym skinwalkerem, więc podszył się pod mojego tatę i zaciągnął mnie do ich wozu. A ja, że byłem mały i głupi, uwierzyłem mu, bo przecież tata był moim największym autorytetem i ufałem mu ponad wszystko. Na szczęście zdążyli mnie odbić jeszcze w drodze, więc nie stało się nic takiego, ale... Pamiętam, że bałem się taty przez kilka dobrych tygodni zanim znów zdążyłem się przyzwyczaić do jego obecności i zaufać w pełni, że to na prawdę jest on. Wtedy zajmował się nami głównie nasz wujek Shinobu, bo tata miał dużo roboty. Pałac był w strzępkach. Trzeba było odbudować kilka segmentów i komnat, wyczyścić całą krew i ciała, zatrudnić nową, zaufaną służbę, zorganizować pogrzeby dla wszystkich poległych, zająć się rannymi, w szczególności moją mamą... No i... Pochować ich siostrę... Chyba to właśnie jej śmierć tak go zmieniła. Wujek opowiadał mi, że tata bardzo to przeżył i nie mógł sobie wybaczyć, że to ona go obroniła i sama poległa w walce. Byli ze sobą najbliżej spośród całego rodzeństwa, więc... Podobno ciężko to znosił. Miał sobie za złe, że nie zdołał obronić wszystkich, że był taki słaby i głupi, że tego nie przewidział. 

Dlatego zaczął być taki restrykcyjny i surowy w stosunku do mnie. Bo ja miałem być od niego lepszy. Musiałem być wytrenowany i przygotowany na każdą okazję, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy dokładnie przejmę po nim tron. Pokojowo, kiedy będę już w odpowiednim wieku, czy nagle i tragicznie, kiedy polegnie w walce? Teraz o wiele lepiej rozumiem motyw stojący za jego działaniami i czemu tak robił, ale dla mnie, wtedy...

To było istne piekło.
---

OKRES PÓŹNEGO DZIECIŃSTWA
6 - 10 lat

Kryształowa noc (wydarzenie historyczne; urywki).

 Noc podczas pełni księżyca, 18 lat temu. Białe światło przebijające się przez szyby i zasłony komnat ogromnego pałacu oraz głośne wycie wilków z pobliskich lasów, zwiastujące krwawą rzeź, która miała właśnie nadejść. I nagle, ogłuszające wręcz syreny alarmowe i agonalny krzyk ludzi, który w sekundę zamieniał się w ciszę i szkarłatną plamę na podłodze.

Dowódca królewskiej straży: Prawe skrzydło! Wy macie chronić księcia Erena za wszelką cenę! Środkowe skrzydło idzie ze mną do króla! Lewe skrzydło idzie do królowej i chroni resztę książąt! Zrozumiano?!
Straż: Tak jest!
Dowódca: Mike, ty przewodzisz prawym skrzydłem! Louis, ty lewym! Zostawiam ich bezpieczeństwo w waszych rękach! 
Mike & Louis: Tak jest kapitanie!
Dowódca: Macie wszyscy wrócić żywi, jasne?! 
Straż: Tak jest!
Dowódca: Dobra, rozejść się! Środkowe skrzydło, za mną! 

 Wtedy, cała straż rozeszła się na trzy strony świata, kierując się do różnych części pałacu, by wykonać swoje zadanie. Jednak dowódca prawego skrzydła, gdy reszta się już wystarczająco oddaliła, wyciągnął rękę do góry, zarządzając postój i zatrzymując całą należącą do niego grupę.

Mike: Dobra, a teraz rozejść się.
Strażnik: Co? Ale przecież mieliśmy iść do księcia E-
Mike: Nie słyszysz, co się do ciebie mówi?! Teraz ja wami dowodzę! Rozejść się, powiedziałem! Sam zadbam o bezpieczeństwo księcia. Wy dwaj, po lewej. Idziecie ze mną. Reszta ma chronić służbę i poddanych!
Strażnik: Ale-
Mike: Żadnych ale, chyba, że chcesz stracić łeb!
Strażnik: Tak jest!

 Straż rozeszła się w zakłopotaniu, nie wiedząc w sumie, co ma ze sobą zrobić. W końcu, ich główny dowódca mówił co innego, a teraz dostali inne rozkazy, więc co mają robić? No, ale skoro dowódca powierzył Mike'owi cały skład, to chyba raczej wie, co ma robić, prawda?

Mike: Idioci. - szepnął do dwóch pozostałych z nim strażników, którzy tak na prawdę byli jego kolegami z grupy przestępczej, ukrywając się pod przykrywką. - Idziemy chłopaki.
---
Nanako: O mój Boże... - przerażona na śmierć Nanako siedziała na łóżku w komnacie, z małym Rinem i Hiyori u boku.

Kioko: Nie martw się kochana, wszystko będzie dobrze. Twoje dzieci są w dobrych rękach. Teraz trzeba się zająć tobą. - powiedziała uspokajająco siostra Atsushiego, siedząc obok Nanako na łóżku.
Nanako: Daj spokój, nic mi nie będzie. Martwię się teraz bardziej o moje dzieci. 

 Nagle, ktoś zapukał głośno do drzwi komnaty, co od razu przyciągnęło uwagę Nanako i Kioko. Brunetka momentalnie wyciągnęła swoje sztylety z paska i zaczęła ostrożnie podchodzić do drzwi, a czarnowłosa przytuliła płaczące dzieci do siebie, chroniąc je własnym ciałem. 

Rin & Hiyori: Mamo, boję się!
Nanako: Spokojnie, maleństwa, mama jest tutaj, nic się nie stanie.
Sanye: Otwórzcie, to ja i Jiryu! Mamy Satoru i Aarona!
Kioko: Hasło!
Sanye: ***** - brat Kioko podał hasło, przez co kobieta odetchnęła z ulgą i schowała swoją broń, otwierając drzwi dla swoich braci.
Kioko: Wchodźcie, tylko szybko.
Sanye: Mało brakowało, ale jakoś się nam udało. 
Jiryu: No, nie wygląda to dobrze. - powiedział drugi brat, wchodząc do komnaty i usadzając przestraszone dzieci obok mamy. 
Kioko: Cicho, nie strasz ich.
Nanako: Nie, mów jak wygląda sytuacja. Chcę wiedzieć wszystko. I gdzie jest Eren?!
Sanye: Atsushi wysłał po niego straż, nie martw się.
Jiryu: Kurwa, ledwo przeszliśmy. Tyle jest tych karaluchów, że nie wiadomo, kto jest z naszych, a kto nie.
Sanye: Tak, podejrzewamy, że mają skinwalkera, więc bądźcie ostrożne i nie ufajcie nikomu.
Jiryu: Dobra, ale nie ma teraz czasu na dyskutowanie. Zostawiam cię z nimi, brachu. Ja lecę zobaczyć co u Reny i Atsushiego!
Sanye: Dobra, powodzenia! Tylko nie daj się zabić, bo sam cię zabiję!
Jiryu: Haha, dobra! Ty też!

(Notka dla niewtajemniczonych: skinwalkersi i hermowie w naszym uniwersum to osoby, które potrafią zmieniać swój wygląd, jak np. doppler z wiedźmina).
---
 A pośród tego chaosu i krwawej rzezi, gdzie nie wiadomo, komu można ufać, 7-letni Eren uciekał przez zawiłe i długie korytarze od goniących go skrytobójców. Brunet biegł jak najszybciej mógł, ile miał tylko tchu w płucach i sił w nogach, próbując zgubić dwóch rosłych mężczyzn. Niestety, dotrzymywali mu oni tępa i byli cały czas tuż przy jego ''ogonie'', niebezpiecznie się do niego zbliżając krok po kroku. Eren obracał się co chwila, patrząc na zbliżającą się do niego śmierć, cały się trzęsąc i panikując w środku. Serce prawie wyskakiwało mu z piersi ze strachu, a umysł był zupełnie zamglony. Tylko jedna myśl wybijała się wśród ''mgły'', nieustannie krążąc w jego głowie: ''uciekaj, nie daj się zabić; uciekaj, nie daj się zabić!''.

Jednak nagle, gdy chłopiec ponowie obrócił się i spojrzał przed siebie, tuż przed jego oczami, z korytarza po prawej, przeleciała zakrwawiona siekiera, która wbiła zdekapitowaną głowę jednego z jego nauczycieli w ścianę obok niego.

Jeden krok dalej... Jeden tyci krok w przód... I on również straciłby głowę. 

Eren momentalnie zamarł w miejscu, patrząc na to wielkimi, przerażonymi oczami, nie mogąc ruszyć się o krok. To była doskonała okazja dla skrytobójców, który gonili go przez ten cały czas, by w końcu go dorwać i pojmać. Lecz nagle, jakby znikąd, pojawił się zakapturzony mężczyzna, który wbił im dwa sztylety prosto w serce, od tyłu, z zaskoczenia. Mężczyźni padli na twarz, zanim zdążyli dotknąć małego księcia, który wciąż wpatrywał się w zakrwawioną głowę przybitą do ściany, nie mogąc się ruszyć ze strachu. 

Shinobu: Nie patrz na to. - zakapturzony mężczyzna podszedł do swojego bratanka, zakrywając mu oczy ręką. - Nie martw się, to ja, wujek Shinobu. Już jesteś bezpieczny.

 Eren nic nie powiedział, tylko podniósł drżącą rękę i położył ją na dłoni wujka, szukając go przy tym drugą ręką. Mężczyzna od razu zrozumiał, o co chodzi, więc obrócił się w jego stronę, kucając przed nim i przytulając go do swojego ramienia.

Shinobu: Cii, już w porządku. Jestem tu.
Atsushi: Bracie! - powiedział nagle król, wychodząc z korytarza obok i podchodząc do nich bliżej z eskortą dwóch strażników. - Cieszę się, że żyjesz. I dziękuję ci za uratowanie mojego syna, mam u ciebie dług.
Shinobu: Daj spokój, stary. Dobrze, że mały jest szybki i zdążył im uciec w porę.
Eren: T-tata... - brunet wyciągnął ręce do przodu, słysząc głos taty.
Atsushi: Już, już... - powiedział mężczyzna, ''przejmując'' syna do swojego ramienia. 
Shinobu: Co się stało z Mike'iem i strażą? Myślałem, że to oni mają się zająć Erenem. Gdzie oni są do cholery?
Atsushi: Też sobie zadaję to pytanie. Ale nie ma czasu ich teraz szukać i się zastanawiać. Wcielamy w życie plan B. Nie mamy innego wyjścia. Ty idź pomóc Renie i Jiryu, ja zajmę się moim synem.
Shinobu: Dobra. Powodzenia, bracie. Niech Murata będzie z tobą. - powiedział zielonooki, kładąc rękę na ramieniu starszego brata i szybko wymijając go. 
---
 Parę minut później, Shinobu znalazł się w sali tronowej, gdzie odbywała się główna część walki. Jednak, gdy już tam dotarł, trójka rodzeństwa: Rena, Atsushi i Jiryu, zdążyli wybić wszystkich skrytobójców wraz z dowódcą królewskiej straży i jego oddziałem.

Shinobu: Czekaj, co? - powiedział zmieszany Shinobu, widząc swojego starszego brata z mieczem. - To gdzie jest Eren skoro ty jesteś tutaj? O co chodzi? - zapytał, marszcząc brwi i podchodząc go nich.
Atsushi: O czym ty mówisz? Przecież oddział Mike'a miał się nim zająć. Osamu? - król zwrócił się do dowódcy, również marszcząc brwi.
Dowódca (Osamu): No tak, wysłałem Mike'a z oddziałem do Erena wedle rozkazu. Środek szedł ze mną, a Louis miał iść do królowej.
Zastępca dowódcy: Potwierdzam!
Shinobu: Toż dosłownie przed chwilą ratowałem go przed skrytobójcami i sam mi powiedziałeś, że jest zmiana planów i Eren idzie z tobą!
Rena: O czym ty mówisz, Shin? Przecież cały czas byliśmy tutaj z Atsushim.
Shinobu: Jak to kurwa byliście tutaj cały czas? Toż mówię wam, że przed chwilą widzieliśmy się w prawym skrzydle i Atsu zabrał Erena ze sobą! No przysięgam wam na naszego zmarłego ojca!
Jiryu: Ja pierdole... - westchnął nagle jeden z braci, rozumiejąc już całą sytuację. - Skinwalker.
Atsushi: Co?!
Jiryu: Jak odbijaliśmy Aarona i Satoru, napotkaliśmy z Sanye kilku skinwalkersów i hermów po drodze.
Rena: I dopiero teraz to kurwa mówisz, że mają w swoich oddziałach skinwalkersów?! Jiryu do jasnej cholery!
Jiryu: No sory no, zapomniałem, jak byliśmy zajęci walką! Wyleciało mi z głowy!
Rena: Jak to wyleciało ci z głowy?!
Atsushi: Cisza! Nieważne, czy zapomniał czy nie, mają teraz mojego syna!
Rena: Nie martw się, nie mogą być daleko. - powiedziała starsza siostra, kładąc rękę na ramieniu brata.
Sanye: Kierują się na... Północ... Mają wóz i ochronę... - rzekł nagle Sanye, wchodząc do sali tronowej z dosyć dużą, krwawiącą raną na brzuchu.
Shinobu: Sanye! - zielonooki od razu podbiegł do brata, podtrzymując go na swoich ramionach.
Sanye: Widziałem wóz... Jadą na północ... Chciałem ich zatrzymać, ale nie dałem rady, wybaczcie... 
Jiryu: Czekaj... Jak to, przecież miałeś być z Nanako i Kioko!
Sanye: Co? Przecież mówiłeś mi, że powinniśmy się rozdzielić i ty z nimi zostaniesz!
Jiryu: Nic takiego nie mówiłem! Toż sam mówiłeś, że zostaniesz z nimi, a ja mam iść do Reny i Atsu! Nawet podałeś im-... Kurwa.
Rena: Czyli znają też nasze hasło. Świetnie.
Atsushi: To znaczy, że to też był skinwalker i teraz jest z Kioko i moją żoną i dziećmi! Rena, idziesz ze mną! Wam powierzam Erena!
Rena: Czekaj, musimy szybko sprawdzić, czy to na pewno my. Dawać jakieś szybkie pytanie, na które odpowiedź znalibyśmy tylko my! Cokolwiek! 
Shinobu: Eeee... Dobra, mam! Jak nazywała nas nasza mama, gdy byliśmy mali?
Rena: Dobra, na 3... 2... 1...
Wszyscy: Kryształki!
Atsushi: Dobra! Rozchodzimy się! Macie tylko przeżyć, jasne?!
Shinobu: Jasne, kryształku! Ty też!
---
 Po długim pościgu, Shinobu, Jiryu i Sanye udało się zatrzymać pojazd, w którym przewozili Erena, a także wybić ich cały oddział bez ofiar śmiertelnych z ich strony. Po akcji, Shinobu bez zawahania wyważył tylne drzwi od ciężarówki z pomocą Jiryu i ujrzeli tam skulonego w kącie, związanego Erena z opaską na oczach i w buzi. Cały się trząsł, a spod materiału spływały rzewnie łzy, które zmywały krew z jego porysowanych policzków.
 Shinobu wszedł do ciężarówki i odsłonił delikatnie i powoli opaskę z oczu chłopca, dając znać, że już po wszystkim i nie musi się już bać. Eren jednak wpatrywał się w niego wielkimi ślepiami, milcząc z ogromnego szoku i traumatycznej sytuacji, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. 
---
 Po odbiciu najstarszego syna króla, Shinobu zarządził strażnikom, którzy z nimi pojechali, spisanie numeru rejestracyjnego wozu, skonfiskowanie go oraz zabranie ciał przestępców do analizy. Oni za to zawrócili się z Erenem do pałacu, by zobaczyć jak sytuacja się zmieniła podczas ich kilkugodzinnej nieobecności. 

 Na niebie zaczęło już wschodzić słońce, a poranne promienie słoneczne oświetlały rozgromiony pałac i krew spływającą po posadzce, meblach i okiennicach. Trzej bracia weszli do sali tronowej i zastali tam martwą ciszę, jakby w pałacu, który niedawno tętnił życiem, nie było już żywej duszy. 

Shinobu: Nie podoba mi się to... Jest za cicho. - szepnął do braci, mocniej ściskając i przybliżając Erena do siebie, który wciąż milczał i nie wydusił z siebie ani słowa. 
Sanye: Kurwa... - jeden z braci przeklął pod nosem i upadł na jedno kolano, trzymając się za brzuch.
Jiryu: Sanye! - krzyknął zmartwiony, od razu kucając obok brata.
Sanye: Nic mi nie będzie, to tylko zadrapanie...
Jiryu: Zadrapanie, psia krew... Oberwałeś świętą bronią!
Sanye: Nie martw się, jeszcze cię trochę pomęczę. Nie da się mnie tak łatwo zabić...
Shinobu: Atsushi... - powiedział nagle zielonooki, zauważając wchodzącego do sali brata, z całym zakrwawionym ubraniem, zwracając przy tym uwagę reszty. - Co z Nanako i dziećmi? Gdzie Kioko i Rena?
Atsushi: Dzieci są z Nanako i Kioko w skrzydle szpitalnym. Są ranne, ale wyjdą z tego. - powiedział bez emocji, z kamiennym wyrazem twarzy, podchodząc do braci i rzucając zakrwawiony miecz gdzieś w kąt. 
Jiryu: A co z Reną, gdzie jest Rena?!
Atsushi: ...

 Król spojrzał na nich z bólem, a w jego oczach zebrały się łzy, które szybko otarł, nie dając po sobie poznać, że umiera w środku z poczucia winy i żalu.

Shinobu: O nie... Nie mów mi, że-...
Atsushi: Rena nie żyje. Osłoniła mnie własnym ciałem. Nie zauważyłem jednego gościa z boku i Rena przyjęła za mnie cios. W serce.
Sanye: Boże... Rena, nie...
Shinobu: Atsushi, tak mi przykro-... - Shinobu chciał pocieszyć i przytulić brata, sam prawie płacząc po szokującej wiadomości o stracie starszej siostry, lecz Atsushi odtrącił jego dłoń i położyć swoją rękę na jego ramieniu, kiwając przecząco głową.
Atsushi: Nie ma czasu na łzy i rozpaczanie. Mamy dużo rzeczy do zrobienia. Później będziemy płakać. - powiedział chłodno, próbując zachować zimną krew.

 Następnie przeniósł wzrok na swojego syna, który chował się za Shinobu, kucając przed nim i chcąc go dotknąć, lecz chłopiec odsunął się momentalnie i schował bardziej za wujkiem, trzęsąc się.

Atsushi: Eren, nic ci nie je-...


Eren: ZOSTAW MNIE! ZOSTAW MNIE! ZOSTAW MNIE! ZOSTAAAW MNIEEEE! - brunet krzyknął nagle na cały regulator, odzywając się po raz pierwszy od początku całej akcji. - Zostaw mnie... Zostaw mnie... Zostaw mnie... Ja chcę do mamy... - powtarzał cały czas, tym razem ciszej, całkowicie chowając się za wujkiem i odsuwając się od ojca.


Shinobu:
 Daj mu trochę czasu. Typ, który go zabrał, wyglądał jak ty, więc pewnie wciąż myśli, że to on.
Atsushi: Hm. - westchnął i spojrzał na płaczącego w koszulę wujka syna, po chwili podnosząc się na własne nogi. - Jiryu, zabierz Sanye do kliniki. Ja idę się jeszcze raz rozejrzeć po pałacu. 
Shinobu: Atsushi... Może odpocznij chwilę... Całą noc walczyłeś. A wiem, że śmierć Reny na pewno musiała być dla ciebie ciężka. Ja zajmę się resztą z Jiryu.
Atsushi: Nie ma potrzeby, wszystko jest w porządku.
Shinobu: Ale-...
Atsushi: Żadnych ale, rób to co mówię. Od początku byliśmy przygotowani na takie ryzyko. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Mamy robotę do wykonania. Pałac sam się z zwłok nie sprzątnie.
---

Ja... Nie wiem co powiedzieć,
wybacz...

Nie musisz nic mówić.

Matko... To musiało być bardzo traumatyczne.
Nie wyobrażam sobie przeżyć coś takiego.
Jesteś na prawdę silny, Eren.

Dzięki...

Wciąż mam koszmary przez to, ale... Bardziej szkoda mi jest mojego taty. Był, jaki był, ale.. Nie wyobrażam sobie tego cierpienia i bólu, jaki musiał wtedy przeżyć. Stracił swoją ukochaną siostrę... Stracił prawie wszystko. Mamę, nas, pałac... Sam prawie zginął. I praktycznie od razu musiał się podnieść i działać dalej. 

Potrafisz to sobie wyobrazić? Bo ja nie. Całe twoje życie praktycznie runęło przed twoimi oczami, a ty musisz jeszcze to wszystko sam ogarnąć, naprawić i poskładać do kupy. W końcu jesteś królem, na nikim nie możesz polegać, bo to na tobie polegają ludzie i cała rodzina. Ludzie czekają na twoje rozkazy. Pytają, co będzie dalej? Jak się z tego podniesiemy? Pałac jest przecież mocno osłabiony, do naszych szeregów przekradli się szpiedzy. Co jak znów zaatakują? Co jak tym razem nie będziemy mieć tyle szczęścia? Co jak upadnie całe królestwo? Pałac. Wystarczy przejąć jeden pałac. Wystarczy zmienić jeden element układanki, jeden szczegół planu, i wszystko leci jak domino. Nie masz nawet czasu na odpoczynek i żałobę. Po prostu musisz zapierdalać dalej, bo nie ma innego wyboru. Bo jak nie ty to kto? Ja, 7 letni syn? Mama, która była ciężarna i ranna? Bracia lub siostra, którzy są z resztą słabsi od ciebie genetycznie? Jesteś tak na prawdę bogiem dla wszystkich, którymś tam z kolei synem stworzyciela całej tej krainy. A poza tym, jesteś głową całej rodziny. Chuj, całego klanu...

Jak z wiekiem zacząłem to sobie uświadamiać, jak wielka to jest odpowiedzialność i jak wysoko stoisz w hierarchii całego świata... Sama myśl mnie przerażała, że to kiedyś będę ja. Nadal mnie to przeraża. Boję się... A raczej wiem, że nie będę tak silny jak mój ojciec. Bo co jak co... Ojcem to może i jest średnim, ale królem jest znakomitym. 

To prawda...

Ale czemu w ogóle was zaatakowali?
Jeśli mogę spytać.

Chcieli głowy mojego taty, a mnie chcieli prawdopodobnie później zabić lub sprzedać gdzieś na czarnym rynku. Podejrzewam, że śmierć moich braci lub braci ojca też byłaby im mocno na rękę.

Czemu? Co by było, gdybyście zginęli?

Gdybym zginął ja, moc przeszłaby na któregoś z mojego rodzeństwa. A gdyby im też nie udało się przeżyć, to prawdopodobnie któryś z naszych kuzynów by ją przejął.

Tak po prostu?

Tak. Moc bogów jest jak energia. Albo przekazujesz ją dalej swemu biologicznemu dziecku, albo sama przeskakuje na jakieś najbliższe źródło. Nie znika, tylko się przemienia. Problem z tym jest tylko taki, że osoba, która dostaje moc, a nie urodziła się z nią, może nie wytrzymać jej potencjału.

Czyli mogłaby umrzeć?

Tak. Fizycznie mogłaby tego nie wytrzymać, bo osoby takie jak ja są zbudowane trochę inaczej. Jesteśmy bardziej dostosowani do tej mocy. A i tak moje ciało może nie wytrzymać jej pełnego potencjału, bo w końcu nie jestem bogiem, tylko półbogiem, więc... Nie jestem czysty i mam jakiś tam pierwiastek z innej rasy, słabszej genetycznie.

A gdyby osoba, na którą moc by się przeniosła, zginęłaby pod jej wpływem, to przeniosłaby się na drugą i wywołałaby to lawinę. Rodzina padałaby jak muchy dopóki energia nie znalazłaby odpowiednio silnego właściciela. Bo w końcu, to oni są najbliżej drzewa, więc to najprawdopodobniej na nich by padła moc.

Z tego, co wiem, to szacuje się, że ryzyko śmierci w takim wypadku, czyli odrzucenia mocy przez ciało, wynosi jakieś... 80-90 procent. Albo i trochę więcej. 

O kurde... A co gdyby to był ktoś
z twojego rodzeństwa? Byłoby tak
samo czy trochę inaczej?

Wtedy ryzyko zmniejsza się do koło 50 procent. Tak samo byłoby, gdyby moc przyjął któryś z braci mojego ojca. Bo w końcu, oni też są dziećmi półboga, więc mają jakiś tam boski pierwiastek, ale moi kuzyni na przykład już nie, przynajmniej nie w wystarczającym i widocznym stopniu, więc... To jest tak na prawdę rosyjska ruletka. Lepiej, by się nic takiego nie stało.

Woah... Czyli wtedy na prawdę
mieliście dużo szczęścia.

Tak... Chociaż zależy tak na prawdę, o kim mówisz.
---
Kilka dni po ''Kryształowej nocy''. Pożegnanie i pogrzeb Reny.


 Chłodny wieczór nad brzegiem morza/oceanu. Ciemno, jedynie pochodnie i ognisko daje jakiekolwiek światło pośród czerni i zachodzące jeszcze za horyzontem słońce. Atsushi stał ze swoimi braćmi i siostrą na pomoście przy brzegu, rozmawiając i przygotowując swój łuk. Na malutkiej łódce za to leżała trumna, zakryta aerdyńską flagą, w której spoczywało martwe ciało ich starszej siostry, poległej w walce, by chronić swoją rodzinę. W oddali za to, niedaleko ogniska, stał Eren ze swoim rodzeństwem i opiekunką, a obok nich - starsze trochę dzieci Reny i Kyo, które nie mogły przestać płakać. Ojciec ich za to stał obok Atsushiego, również przygotowując łuk, by pochować z godnością swoją żonę. 

 Po stosunkowo krótkiej, lecz bardzo emocjonalnej przemowie, rodzeństwo i wdowiec wzięli po jednej strzale z kosza, mając zamiar już wsadzić je w ognisko. Lecz zanim zdążyli to zrobić, Kyo westchnął głośno i się cofnął, ciągając nosem od płaczu.

Kyo: Nie, nie mogę tego zrobić. Nie jestem godzien...
Atsushi: Kyo, stary druhu... - powiedział król, kładąc rękę na jego ramieniu. - Była twoją żoną i kochała cię ponad wszystko. Teraz jesteś częścią naszej rodziny... Oczywiście, że jesteś godzien.
Shinobu: Jesteś naszym bratem. - powiedział zielonooki, kładąc rękę na jego drugie ramię. - Może nie płynie w nas ta sama krew, ale jesteśmy w tym razem. Jesteś jednym z nas. 

 Mężczyzna po tych słowach bardziej się rozpłakał, lecz szybko otarł swoje łzy, kiwając potwierdzająco na znak, że jest już gotowy. I tak, wszyscy podpalili swoje strzały w złotym, szlachetnym ogniu, i po odliczaniu wystrzelili je z łuków w stronę odpływającej już łódki z martwym ciałem siostry. Wkrótce, trumna zaczęła się jarzyć na złoto, dając dodatkowe, jaskrawe światło, a Atsushi wystawił rękę do góry, czekając chwilę. Parę sekund później, król opuścił rękę, dając znak dla stojącej z tyłu straży, by również wypuścili swoje strzały, podpalone tym razem zwykłym ogniem, paląc odpływające w stronę horyzontu trumny ze zwłokami wszystkich poległych w walce. 

 Atsushi patrzył się na ten widok, płonącego, lecz zarazem gasnącego życia przed sobą, wpatrując się w jarzącą się na złoto trumnę siostry. Świeciła się ona najjaśniej i najszlachetniej... Była jak latarnia, która prowadziła wszystkich do przodu, zasłaniając ich własnym ciałem i idąc na pierwszą linię frontu. Tak samo, jak chroniła i prowadziła ich za życia. 

Wtedy, po prostu pękł i dał upust łzom, zaczynając płakać. Przez jego głowę zaczęły przewijać się te wszystkie wspomnienia, gdy byli jeszcze dziećmi i się razem bawili, oraz te, gdy byli już starsi i walczyli ze sobą lub pomagali sobie nawzajem. Ona zawsze tu dla niego była. Ratowała go tyle razy... Uważał, że o wiele bardziej zasługiwała na ten tron niż on... Czemu to właśnie ona musiała zginąć?

Atsushi: Kurwa... Gdybym był trochę uważniejszy... Gdybym był trochę szybszy! - powiedział poprzez łzy, zasłaniając oczy dłonią.
Shinobu: Robiłeś co mogłeś...
Sanye: Stary, dzięki tobie twoja żona i twoje dzieci wciąż żyją i są całe.
Atsushi: Czyżby? Moja ciężarna żona leży w szpitalu, Satoru się jeszcze nie wybudził, a Eren się mnie boi i prawie został porwany! Pod moim nosem! Moja siostra nie żyje, bo byłem zbyt nieuważny, Kioko i Sanye też prawie polegli, a ja dodatkowo straciłem ponad pół oddziału i służby i mam do odbudowania pałac i... Wszystko! Żyją dzięki mnie? Nie rozśmieszaj mnie... I co ja mam kurwa teraz zrobić? Ojciec byłby mną taki kurwa zawiedziony...
Jiryu: To nie była twoja wina... Nie mogłeś sam uratować wszystkich. My też ostro nawaliliśmy. Mogliśmy być ostrożniejsi i przewidzieć to.
Atsushi: Ale to ja jestem królem, nie wy. Powinienem był być silniejszy. Powinienem pomyśleć bardziej... Nie wiem! Powinienem był coś kurwa zrobić! Jestem bogiem do jasnej cholery, a nie mogłem uratować nawet własnej siostry! AARGH! 

 Po bolesnym krzyku króla, nastała cisza. Przerażająca, martwa i żałobna cisza. 

 Po chwili jednak, Atsushi otarł swoje łzy i nos, patrząc w horyzont niby to z determinacją, niby to z tajemnicą w oczach, i przerwał milczenie, mówiąc cicho do stojącego obok rodzeństwa.

(Eren pstryka palcami, patrząc się z boku na to wydarzenie)

To jest ten moment.

Co?

To jest dokładnie ten moment, o którym ci mówiłem. Kiedy mój ojciec umiera w środku, razem z jego siostrą. I kiedy moje życie zmienia się w piekło.

Atsushi: Nie pozwolę, by mój syn był tak słaby jak ja. Musi być silniejszy. Wszystkie moje dzieci muszą być silniejsze i przygotowane wszystko, szczególnie na taką okazję. 
Kioko: Atsushi...
Atsushi: Nie pozwolę, by żadne z nich cierpiało w ten sposób, tak jak my teraz... Nie pozwolę na to. - szepnął ciszej i zacisnął dłoń w pięść. - 
Nie pozwolę na to...
---
Po tym wydarzeniu, wszystko zaczęło się zmieniać. Ojciec, ja, bracia, pałac... Życie...

Wiem, że zmiana jest naturalną częścią życia i jest nieunikniona, ale... Dla mnie, to wszystko stało się tak nagle. Zbyt gwałtownie, za szybko... 

Zdecydowanie za szybko... Jakbym musiał dorosnąć w zaledwie kilka dni...
---

Nanako: Ale nie możesz go tak męczyć! On ma dopiero 7 lat!
Atsushi: On ma JUŻ 7 lat!
Nanako: Powinien bawić się jeszcze z braćmi i Kagamim, a nie trenować tak ciężko!
Atsushi: Nie wiadomo, kiedy nadejdzie dzień i godzina, musi być przygotowany na wszystko! Co, chcesz, by po prostu robił, co mu się podoba i się bawił? A gdzie nauka?
Nanako: Nie neguję, że powinien się uczyć, ale te treningi to przesada. Spróbuj trochę zluzować, przecież wciąż jest dzieckiem.
Atsushi: Jako następca powinien robić więcej i uczyć się więcej niż jego bracia lub inne dzieci.
Nanako: Ale też jest twoim synem!
Atsushi: Który ma mnie kiedyś zastąpić! To nie jest takie proste, jak się wydaje, że usiądziesz na tronie i po prostu będziesz sobie dyrygować! Potrzebne są lata doświadczenia, by dobrze zarządzać krajem i jego ludźmi!
Nanako: Ale nie zapominajmy, że oprócz tego jest też człowiekiem i-...
Atsushi: Nie jest człowiekiem, Nanako. My nie jesteśmy ludźmi, a bogami. Demonami... Już zaczynasz wariować od tych ludzkich ideologii i komunikatów. Ludzie są słabi i żałośni. My jesteśmy ponad nimi. Zapomniałaś o tym?
Nanako: Zaczynasz się za bardzo się wywyższasz, mój drogi.
Atsushi: A nie mam racji? Jestem królem i synem boga. Mam do ochrony cały kraj istot ludzko-podobnych, nie ludzi. Oni mogą mi podskoczyć. Złamał bym ich jednym uderzeniem.
Nanako: Oh, czemu ty jesteś taki uparty. Bóg czy nie! Czy ja proszę o wiele? Tu chodzi o dobro naszych dzieci.
Atsushi: Mi też zależy na ich dobru. Wszystko, co robię, robię dla ich dobra. Nie rób już ze mnie jakiegoś tyrana. Od zawsze mi zależało na tym, by mieli w przyszłości lepiej i łatwiej im się żyło.
Nanako: Ale nie w ten sposób! Za dużo od nich wymagasz w tak młodym wieku!
Atsushi: Im wyższe wymagania, tym wyżej będą celować w przyszłości i będą silniejsi. Odrobinę wysiłku jeszcze nikomu nie zaszkodziło. 
Nanako: Boże, Atsushi... Jak braliśmy ślub i rodził się Eren, to mówiłeś, że będziesz lepszy od swojego ojca i matki, jeżeli będzie chodziło o nasze dzieci. A powtarzasz jego błędy, kochanie. Zobaczysz jeszcze, że to do ciebie wróci.
Atsushi: Nie porównuj mnie do mojego ojca. Nie jestem taki jak on.
Nanako: Ale powoli się taki stajesz. Rozumiem, że śmierć Reny była ale ciebie ciężka, ale-
Atsushi: Śmierć Reny to zupełnie inna kwestia. Nie wtrącaj ją w to.
Nanako: Eh... Wiesz, co? Czasem ciebie nie poznaję. Gdzie jest ten mężczyzna, za którego wyszłam? Czemu twoje serce stało się takie chłodne...
Atsushi: Już nie przesadzaj i nie wydziwiaj, od zawsze nie pałałem wielką empatią i zawsze taki byłem.
Nanako: Nie. Kiedyś byłeś trochę czulszy... Delikatniejszy. Znajdowałeś czas dla swoich dzieci. Teraz cały czas tylko pracujesz i pracujesz.
Atsushi: Bo jest dużo do roboty. Królestwo i pałac same się nie odbudują.
Nanako: Ale może zrób sobie trochę przerwy, wyjdzie ci to na dobre.
Atsushi: Królem jest się zawsze i wszędzie. Nie ma przerw. Nie ma czasu na takie pierdoły.

Eren: Eh... - brunet westchnął cicho, siedząc przy ścianie na podłodze, za drzwiami komnaty, w której byli jego rodzice, kuląc nogi do siebie.

Znowu się kłócą... I to znowu chodzi o niego... A może to jego wina? Nie chce, by się kłócili... 

Atsushi: Nie, Nanako, starczy już. Mam dużo rzeczy do zrobienia. Idź zająć się dziećmi czy coś. Nie mam czasu na kłótnie. - król otworzył wielkie drzwi od komnaty i wyszedł na korytarz, od razu zauważając skulonego przy ścianie syna. - A co ty tutaj robisz? Nie powinieneś się uczyć?
Eren: Chcę porozmawiać z mamą...
Atsushi: Nie teraz. Idź do swojego pokoju.
Eren: Ale-
Atsushi: Żadnych ale. Idź do swojego pokoju, powiedziałem.
Eren: Tak, tato... Już idę...
---

Eren: Tato, tato, patrz, co narysowałem! - powiedział entuzjastycznie mały Eren, wstając z podłogi przy kominku i podchodząc z obrazkiem do taty, który siedział przy biurku, wypełniając jakieś dokumenty. 
Atsushi: Nie teraz, Eren. Muszę się skupić.
Eren: Ale-...
Atsushi: Nie teraz, powiedziałem.
Eren: No weź, tato! To zajmie tylko chwilkę! Tak się starałem...
Atsushi: Eren, daj mi pracować.
Eren: Ale tato...
Atsushi: Powiedziałem coś! - zirytowany mężczyzna podniósł głos, wyrywając obrazek chłopca z jego rąk. - Idź powtarzać, specjalnie kazałem służbie przynieść ci tu książki. Zaraz będę cię pytać. 
Eren: Ale-
Atsushi: Bez dyskusji. Jeszcze raz powiesz ''ale'', a zobaczysz... Idź się uczyć. Nie masz czasu na takie pierdoły, nie jesteś już małym chłopcem. - dodał oschle, nie podnosząc nawet na niego wzroku, i zgniótł obrazek syna w jednej ręce, rzucając go gdzieś niedbale w kąt.
Eren: M... Mój obrazek... - powiedział zdruzgotany, mając zeszklone oczy.
Atsushi: Do nauki, już! Nie chcę cię więcej słyszeć, chyba, że coś powtarzasz albo czegoś nie wiesz.
---
Eren: Mamo, dlaczego tato mnie już nie kocha... - szepnął cichutko brunet, płacząc wtulony w pierś matki. 
Nanako: Oj, synku, tato bardzo cię kocha... Tylko po prostu nie potrafi tego okazać.
Eren: A-ale... Ale ostatnio wyrzucił mój rysunek! A tak bardzo się starałem... - dodał, ciągając noskiem. - I cały czas na mnie krzyczy... Cały każe mi się uczyć... A ja już nie chcę! To jest takie nudne i męczące! Dlaczego ja muszę się tyle uczyć, a Satoru nie? Ja też chcę się bawić!

 Kobieta westchnęła ciężko, z bólem w sercu, nie wiedząc, co ma mu odpowiedzieć. Tyle razy mówiła to dla swojego męża, tyle razy go prosiła... Ale za każdym razem czuła, jakby mówiła do kamienia. Albo, że wszystko, co mu powtarzała, wlatywało jednym uchem, a wylatywało drugim. I co ona miała teraz zrobić? Tak było go jej szkoda... Mogła tylko go pocieszać, patrzeć jak płacze lub wije się z bólu po treningach. Mogła tylko bezsilnie na to patrzeć, bo przecież co ona niby ma do powiedzenia w tej sprawie.

Nanako: Już, ciii... Mama jest tutaj... - szepnęła uspokajająco, gładząc przez ten cały czas jego włosy i przytulając go mocniej do siebie. - Spróbuj zasnąć, kochanie. Mama cały czas tu przy tobie będzie... 
Eren: M-mhm... - szepnął, ponownie ciągnąc noskiem i przymykając oczy.
---
Eren: Aaaaaaaałaaaa! To boli! Ja już nie chcę! - złotooki syknął głośno z bólu, wyrywając się z rąk pielęgniarki, która miała zamiar odkazić i opatrzeć oparzenie ogniem, pozostałe po niedawnym treningu. 
Pielęgniarka: Spokojnie, zaraz będzie po wszystkim. Ale musisz być grzecznym chłopcem i siedzieć spokojnie, bo inaczej będzie bardziej boleć, wiesz? - powiedziała cierpliwie kobieta, trzymając w dłoniach wodę utlenioną i jałową gazę.
Eren: Nie! To piecze! Ja nie chcę! Ja nie chcę! - krzyknął z zeszklonymi oczami, odsuwając się bardziej i wyrywając od pielęgniarki.
Nanako: Eren, kochanie... Spójrz na mnie, dobrze? - czarnowłosa podeszła po chwili do nich, widząc, że bez uspokojenia przez nią syna to się nie obejdzie. - Hu... Hu... Jak mama podmucha to nie będzie już tak boleć, widzisz? - kobieta delikatnie dmuchnęła na jego rozległą ranę, patrząc mu w oczy z kojącym uśmiechem. 

 Wtedy, pielęgniarka dostała znak, by kontynuować zabieg, więc ponownie przyłożyła gazę nasączoną wodą utlenioną do rany, delikatnie ją odkażając. Eren na to ponownie syknął i już chciał się wyrwać, lecz mama zatrzymała go, zanim zdążył to zrobić, odgarniając mu włosy za ucho i wycierając jego oczka z łez.

Nanako: A powiedz mi kochanie, kto jest moim dzielnym synkiem?
Eren: Ja... - powiedział chłopiec, skupiając całą swoją uwagę na mamie i jej pięknych, niebieskich jak ocean oczach. 
Nanako: A kto jest moim ślicznym kwiatuszkiem?
Eren: Ja...
Nanako: A moim pięknym serduszkiem?
Eren: Ja... 
Nanako: A słoneczkiem moim?
Eren: Ja...
Nanako: A bursztynkiem moim?
Eren: Ja...
Nanako: A całym moim światem?
Eren: Ja...
Pielęgniarka: I gotowe! - powiedziała nagle z uśmiechem kobieta, zapinając bandaż na ręce chłopca.
Eren: Oh? - westchnął zaskoczony, patrząc na swoją obandażowaną rękę. 
Nanako: Widzisz jakim jesteś dzielnym chłopcem. No, zuch chłopak! Mój kochany synek! - powiedziała z uśmiechem, lekko szczypiąc go w policzek. - Co powiesz na to, że w nagrodę pojedziemy do miasta na lody?
Eren: Lody! Lody! Taaaak! - powiedział entuzjastycznie, zeskakując z siedzenia i klaszcząc w ręce z podekscytowania. 
---
Ah... Uwielbiam moją mamę... Po dziś dzień powtarza mi tą samą rymowankę, gdy nie jestem w humorze. Może i brzmi głupio, ale za każdym razem chce mi się płakać ze wzruszenia. 

Widać po twoim uśmiechu, że
ją bardzo kochasz.

Tak. Nie wyobrażam sobie życia bez niej... Jeden jej uśmiech może zmyć wszystkie zmartwienia. Może nie na zawsze, ale nawet na chwilę... Matczyna miłość działa cuda. Mam tylko nadzieję, że nie zgubię jej gdzieś po drodze i będę w stanie przekazać ją i swoim dzieciom. Nie chcę stać się taki chłodny, jak tata... 

Rozumiem...

Ej... A co do twojej choroby...
To kiedy się ona w ogóle pojawiła?
Jak odkryłeś, że masz wiele osobowości?

Nie wiem.

Jak to ''nie wiesz''?

No... Po prostu. To działo się na przestrzeni lat i sam nie zdawałem sobie z tego sprawy, więc ciężko stwierdzić ''kiedy'' albo ''jak'' to się stało, że zachorowałem.

Tak się po prostu stało, I guess.

Hm...

Lepiej będzie jak po prostu sama to zobaczysz i ocenisz.
---

Atsushi: Za wolno! Musisz być szybszy! - krzyknął król do swojego 9-letniego syna, uderzając go w brzuch.
Eren: Ałaa! - krzyknął głośno brunet, uderzając plecami o ścianę pod wpływem dosyć mocnego ciosu ojca.

 Chłopak zaczął zsuwać się powoli plecami na podłogę, czując promieniujący po całym ciele ból i rosnące zmęczenie, nie pozwalające podnieść mu nawet jednej ręki lub wstać ponownie na nogi. Jak on bardzo błagał, by to się już skończyło... Jak bardzo chciał, by ktoś zrobił to za niego... On nie chce. On już nie chce. To za bardzo boli. To tak boli!

Eren: Ała... - szepnął cicho, trzymając się za brzuch i mając łzy w oczach.
Nanako: Jezu, Eren! - kobieta od razu zerwała się z miejsca i podbiegła do swojego syna, kucając przy nim i łapiąc jego oba policzki w swoje dłonie. - Wszystko w porządku? Mój biedulek... Już, spokojnie... 
Eren: Bolii... - powiedział, marszcząc brwi.
Atsushi: Nanako, odsuń się.
Nanako: Nie. Starczy już na dzisiaj.
Atsushi: Powiedziałem-
Nanako: Starczy już!! - kobieta uniosła głos, piorunując wzrokiem swojego męża. - Wstydziłbyś się! Uderzyć tak własnego syna! Nie widzisz w jakim jest stanie przez ciebie?! Jesteś z siebie dumny?!
Atsushi: Nie przesadzaj, nie jest z nim tak źle.
Nanako: Jak to nie jest z nim tak źle?! Nie może nawet wstać!
Eren: Nie kłóćcie się, błagam... - szepnął cicho, lecz nikt go nie usłyszał. 
Atsushi: Dobra dobra, odpocznie chwile i będzie dobrze.
Nanako: Czy ty w ogóle siebie słyszysz?! No jak Boga kocham, Atsushi! Co się z tobą dzieje do jasnej cholery?!
Eren: Nie kłóćcie się... Jak nie chce... - szepnął ponownie, przymykając oczy i wypuszczając z oczu kilka łez. 

''Chcesz, bym się tym zajął za ciebie?'' (To mówi Ren, osobowość Erena, w czasie tej sceny, jakby przez myśli, nie dosłownie to mówi cnie)

''Tak... Błagam... Mam już dość...''

 Wtedy, rzeczywistość zaczęła się oddalać i zamykać, jakby pokryła ją gruba, gęsta mgła... I wtedy... Ciemność. Nic. Cisza. Pustka. Spokój. Ukojenie. To już nie mój problem. Już jestem bezpieczny. Jestem już gdzieś daleko... W swoim bezpiecznym, odległym świecie... Nic nie słyszę, nic nie widzę, nic do mnie nie dociera. Zasypiam i odcinam się od wszystkiego. Oddaję pałeczkę. Oddaję swoje ciało tobie. Rób, co chcesz. Rób cokolwiek, byśmy tylko to przetrwali. Ochroń mnie. Ufam ci i zostawiam wszystko tobie.

Nanako: Eren! Co się dzieje?! - powiedziała nagle zmartwiona kobieta, zauważając mdlejące w jej ramionach ciało syna. - Eren?! Eren! Eren, kochanie, słyszysz mnie?!
Atsushi: Co się dzieje? - mężczyzna zmarszczył brwi i podszedł bliżej, patrząc na zemdlałego bruneta.

 Nagle, brunet zmarszczył brwi i przymrużył powieki, następnie otwierając swoje oczy. Pierwsze, co zauważył, to twarz zmartwionej matki, pochylającej się nad nim, i zmieszaną twarz ojca, który stał nieopodal, z założonymi na piersiach rękoma. 

 Brunet podniósł się lekko i rozglądnął się dookoła. Boli go brzuch, trochę kręci mu się w głowie, sala treningowa... Już rozumie. Już wie, co robić.

Ren (osobowość Erena): Spokojnie, nic mi nie jest. - powiedział uspokajająco, zwracając się do zmartwionej matki. 
Nanako: Nie, na dzisiaj starczy, kochanie... Przed chwilą zemdlałeś... Medyk musi cię zbadać, czy na pewno wszystko w porządku...
Ren: Nie, wszystko w porządku, na prawdę... Już mniej boli... - powiedział z lekkim uśmiechem, uspokajając rodzicielkę. 
Nanako: Ale-... - rzekła zmieszana kobieta, patrząc, jak jej syn wstaje bez problemu na obie nogi, gdzie przed chwilą ledwo co mógł się ruszać.
Ren: Jest ok. - szepnął ponownie z uśmiechem, a następnie przeniósł wzrok na ojca, od razu zdejmując uśmiech z twarzy. - Tylko na tyle cię stać, staruchu? - powiedział odważnie, patrząc się prosto w oczy ojca.
Nanako: Eren! Co to są za słowa? 
Atsushi: Słucham? Jak ty się do mnie odzywasz? - zapytał zmieszany mężczyzna, unosząc jedną brew do góry ze zdziwienia. 
Ren: A co? Ja tylko stwierdzam fakty. 
Atsushi: ... - mężczyzna podszedł bliżej syna, w lekkim szoku, i bez wahania spoliczkował go, patrząc na niego z oburzeniem. - Wyrażaj się jak rozmawiasz z ojcem i trzymaj język za zębami, młody człowieku. Kto cię nauczył takiego pyskowania, bo na pewno nie ja.
Ren: ... - chłopiec zatrzymał głowę w tej samej pozycji, po spoliczkowaniu, wpatrując się w ścianę, bez emocji. 
Atsushi: Kończymy na dzisiaj. Marsz do swojego pokoju. Masz dzisiaj z niego nie wychodzić i przemyśleć swoje zachowanie. Już, zmykaj mi z oczu.
Ren: Tak, ojcze. - powiedział bez wahania złotooki, od razu wymijając ojca i wychodząc z sali treningowej. 

Łatwizna. Wystarczy urazić jego dumę i od razu odsyła nas do pokoju. Ryzykowny sposób, ale czasem się sprawdza. Teraz przynajmniej nie muszę już się męczyć i mam spokój na resztę dnia. 
---

Nauczyciel: Dobrze. Jeżeli chodzi o kolejne zagadnienie, to...

''Matko... Jaki ja jestem zmęczony... Tak mi się nie chce. To jest takie nudne... Nie chce mi się tego słuchać... Zabierzcie mnie stąd, błagam...''

''Chcesz odpocząć?''

''Tak...''

Bum!

Naczyciel: Książę?! - wzdrygnął zaskoczony profesor, zauważając padającego czołem na ławkę Erena. - Książę, czy wszystko w porządku? 
Ren: Co?! Tak, jestem! Jestem! - powiedział nagle, podnosząc się w mgnieniu oka. 
Nauczyciel: Na Wielkiego Murata! Jak mnie przestraszyłeś! Wszystko w porządku?
Ren: Huh? A... Tak, tak, proszę mi wybaczyć... Zrobiło mi się słabo na chwilę. Trochę tu duszno...
Nauczyciel: Dobrze, już otwieram okna. Chcesz zrobić krótką przerwę?
Ren: Tak, poproszę... 
Nauczyciel: Dobrze, to odpocznij chwilkę. Za 15 minut wznowimy zajęcia, ok?
Ren: Jasne... Dziękuję.
---
Nanako: Kochanie, kogo rysujesz? - zapytała zaciekawiona kobieta, patrząc jak jej syn rysuje dziwną postać na kartce, siedząc obok niej.
Eren: Mojego przyjaciela... - powiedział, pochłonięty obrazkiem.
Nanako: Czyli to jest Kagami? - zapytała ponownie, nieco marszcząc brwi.
Eren: Nieeee, Kagami jest w moim wieku i nie wygląda tak. Mój przyjaciel jest trochę starszy. Zawsze mi pomaga, kiedy jest mi ciężko. 
Nanako: A kim on jest? Ile ma lat?
Eren: Nie wiem... 
Nanako: Jak to nie wiesz?
Eren: No... No nie wiem.
Nanako: To skąd wiesz, że jest twoim przyjacielem, skoro nawet nie wiesz, kim jest?
Eren: No bo zawsze mi pomaga, jak jestem zmęczooonyyyy... Albo jak jest mi nudno na lekcjaaaach... - dodał, kolorując ''przyjaciela'' na kartce i specjalnie przeciągając słowa. - Albo jak tata na mnie krzyczyy... Albo jak się kłócicieee... 
Nanako: ... - kobieta zmarszczyła brwi i spojrzała na stojącą przy drzwiach opiekunkę, która tylko wzruszyła ramionami, również nie wiedząc, o co chodzi. - Wiesz coś o tym? Ktoś do niego przychodził bez mojej wiedzy?
Opiekunka: Nie pani, tylko książę Kagami. Nic mi nie wiadomo o nikim innym.
Nanako: Hm... Ciekawe... - szepnęła w zastanowieniu, z powrotem przenosząc wzrok na rysunek syna. 
---

Środek nocy. Zwyczajna, nieszczególna, spokojna noc. Wszyscy śpią, pałac pogrążony w ciszy. Brak żywej duszy na korytarzach.

I nagle - krew. Znowu ta siekiera. Znowu ten ból. Ten przeokropny ból brzucha, który przenosi się na głowę. Jak ona strasznie boli i pulsuje... I ten krzyk, rozdzierający uszy krzyk.

Eren: AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - Eren krzyknął nagle na cały regulator, budząc od razu śpiącą w komnacie obok opiekunkę. 
Opiekunka: Książe, wszystko w porządku?! - zapytała zmartwiona i zaskoczona kobieta, wbiegając od razu ze stojącą przy pokoju strażą do komnaty. 
Strażnicy: Co się dzieje?! - krzyknęli obaj strażnicy, rozglądając się po pokoju, gotowi do walki.
Eren: AAAAAAAAAAAAA!! - brunet wciąż krzyczał, siedząc na łóżku, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy. 
Opiekunka: Eren! Cii, już spokojnie... - kobieta podbiegła do księcia, próbując go uspokoić, lecz ten wciąż krzyczał w niebogłosy, trzęsąc się. - Niech któryś z was zawoła królową... Szybko!
Jeden ze strażników: Jasne! Ja pójdę!

 Po kilku minutach, królowa wbiegła do komnaty syna, nie zważając, że jest w nocnych szatach. Za nią wbiegł również król, zaspany i zmieszany, nie wiedząc o co chodzi. 

Nanako: Co się dzieje, na Boga?! - zapytała zmartwiona, podchodząc bliżej opiekunki i Erena.
Opiekunka: Nie wiem, pani. Obudził mnie krzyk księcia, więc od razu przybiegłam, by zobaczyć o co chodzi. Próbowałam go uspokoić, ale cały czas krzyczał, więc posłałam strażnika do pani... I nagle, książę przestał krzyczeć i tak siedzi już od kilku minut. Nie wiem, co się dzieje. W ogóle nie reaguje na to, co mówię. - powiedziała, siedząc obok Erena i trzymając go delikatnie.

 Eren za to siedział na łóżku i wpatrywał się w ścianę nieustannie, mrugając tylko co jakiś czas i nie zwracając uwagi na to, co się dzieje obok niego. 

Atsushi: Ktoś tu wchodził oprócz was? - zapytał zmieszany król, zwracając się do straży.
Straż: Nie, jaśnie panie... Nikt nie wchodził ani nie wychodził. Tylko my i opiekunka jaśnie księcia. 
Atsushi: Hm...
Nanako: Eren, kochanie... Słyszysz mnie? - powiedziała spokojnie matka, siadając obok syna i kładąc dłoń na jego policzku.

 Lecz Eren nie zareagował.

Nanako: Eren? - zapytała ponownie, bardziej zmartwiona, znów uzyskując brak reakcji.
Atsushi: Co jest... Eren? Halo? - rzekł, podchodząc bliżej nich.

 Tym razem, gdy to ojciec wezwał jego imię, oczy Erena od razu się rozszerzyły, a on jakby wrócił do rzeczywistości, nieco podskakując, jakby się czegoś przestraszył. 

Eren: Tata... - powiedział nagle, przenosząc na nich wzrok. - Mama? - zapytał zdziwiony i wciąż lekko oszołomiony, dopiero zauważając siedząca obok rodzicielkę.
Nanako: Wszystko w porządku, kochanie? Nic ci nie jest?
Eren: Nie... 
Nanako: Na pewno? Podobno krzyczałeś?
Eren: Miałem koszmar...
Nanako: Ojej... Chodź tu, biedulku... - szepnęła cicho, przytulając chłopca do swojej piersi, przenosząc przy tym wzrok na swojego męża. 
Atsushi: Kurwa mać... - mężczyzna przeklął cicho pod nosem, kiwając przecząco głową i powoli kierując się do wyjścia z komnaty. 
---


 Słoneczny, letni dzień na leśnej polanie, koło ogromnego, kwitnącego na tęczowo drzewa - częstego, magicznego miejsca spotkań dwóch małych książąt. 

Kagami: Eeeeeereeeen! Juuuhuu! Ziemia do Ereeenaa! - krzyknął nagle z uśmiechem Kagami, siedząc obok Erena i machając mu ręką przed twarzą, gdy ten ''zagapił'' się w jedno miejsce i nie odpowiadał na żadne komentarze przez dłuższą chwilę. - Ereen nooo! Haaaalloo! Mówię do ciebie!

Lecz brunet nie odpowiadał. Cały czas siedział tylko po turecku na trawie, wpatrując się w konar drzewa swoimi wielkimi, bursztynowymi oczami, machając się tylko bezwładnie na boki, gdy blondyn zaczął machać i trząchać nim to w jedną, to w drugą stronę, by ten się zbudził.

Kagami: Eren... - powiedział, już bardziej zmartwiony.

 Wtedy, Kagami, widząc ponowny brak reakcji przyjaciela, złapał jego oba policzki w swoje dłonie i odwrócił jego głowę tak, by ten spojrzał na niego, wpatrując się prosto w jego oczy.

Kagami: Ereś, słyszysz mnie? - zapytał spokojnie, patrząc na niego uważnie.

 Oczy... Czerwone... Rubinowe... Świecące... Śliczne. 

Eren: Kagami? Co? Co? - brunet wrócił nagle do rzeczywistości, rozglądając się na boki. - Co się dzieje?
Kagami: Wyłączyłeś się na chwilę. Zacząłem się martwić... Wszystko okiś? - zapytał z kojącym, szerokim uśmiechem.
Eren: Tak... Tak. - chłopiec kiwnął parę razy na potwierdzenie, czując, jak jego przyjaciel ściska mocniej jego policzki, robiąc automatycznie z jego ust dziubek.
Kagami: Nieładnie tak straszyć psiapsiela! Przeproś!
Eren: Pseprasam! - powiedział dosyć niewyraźne, lecz zrozumiale, przez ściśnięte usta i policzki. 

 Po tym, Kagami jeszcze szerzej się uśmiechnął i zbliżył się bardziej do Erena, wykorzystując sytuację i delikatnie cmokając go w usta.

Kagami: A to jest buzi buzi! Moi rodzice zawsze tak robią i zawsze chciałem tego spróbować, wiesz! Buzi buzi!
Eren: Buzi buzi? - zapytał zdziwiony i zmieszany Eren, marszcząc brwi i przechylając lekko głowę do boku. 
Kagami: No! Buzi buzi! O takie buzi buzi! - blondas ponownie zbliżył się do bruneta i cmoknął do lekko w policzek, śmiejąc się jak głupi. 
Eren: Dziwne te buzi buzi... Ale fajne.
Kagami: Chcesz jeszcze buzi buzi?
Eren: Mhm...
Kagami: Muah! - powiedział, ponownie cmokając go w policzek. - A teraz ja chcę buzi buzi.
Eren: ... - brunet uśmiechnął się wtedy radośnie i również zbliżył się do przyjaciela, cmokając tym razem go w policzek. 
Kagami: Oo... Fajne te buzi buzi.
Eren: Nooo... Twoi rodzice to mają fajne pomysłyy!
Kagami: Nooooo!
---

Co się właśnie... stało? 

To były pierwsze sygnały mojej choroby. Dyssocjacja, nagła zmiana charakteru, koszmary i tak dalej... 

Twoi rodzice nic nie zauważyli?

Nie zupełnie. Znaczy... Widzieli, że coś jest na rzeczy, ale... Nie zdawali sobie nawet z sprawy, że to jest rozdwojenie jaźni, tylko zrzucali wszystko na to wydarzenie sprzed kilku lat. Wiesz, tą noc. Śmiesznie trochę, bo diagnozę dostałem dopiero, gdy miałem jakieś... 16-17 lat, więc trochę trwało to ''zdawanie sobie sprawy''... 

Do tego czasu każdy myślał, że po prostu taki jestem albo mam te swoje ''dziwne odpały'' i tyle. W sumie, to ja też tak myślałem. Dopiero Amarin mi uświadomił, jak już byłem starszy, że to nie jest normalne i nie każdy tak ma. I że powinienem z kimś o tym porozmawiać, bo to nie jest normalne. To w sumie dzięki niemu poszedłem do nadwornego lekarza i od tamtego czasu zaczęła się ta cała akcja z diagnozą i testami. 

Jaka była twoja pierwsza reakcja,
gdy usłyszałeś diagnozę?

Nie powiem, byłem bardzo zszokowany tą informacją. I z początku ciężko było mi to wszystko przetrawić, ale... Z czasem, wszystko zaczęło nabierać sensu. Wszystko zaczęło się ze sobą łączyć. Było mi o wiele łatwiej z tą wiedzą, że to, co czasem robię, ale tego nie pamiętam, jednak nie jest w 100 procentach moją winą... Ale i tak, ciężko było sobie uświadomić, że nie jesteś jedyną osobą żyjącą w tym ciele. A twoi ''przyjaciele'' to tak na prawdę fragmenty twojej podświadomości, które pomagały ci przetrwać ciężkie chwile przez ten cały czas. I nadal sobie żyją, gdzieś tam w zaginionych segmentach twojej świadomości. Więc... Dosyć trudno zniosłem tą informację, ale zdecydowanie mi ulżyło, to na pewno.

Pamiętasz, kto był ''pierwszy''?
Z twoich osobowości?

Ren. Ren był pierwszą osobowością, która się wyodrębniła. Pamiętam, że wtedy, do czasu diagnozy, traktowałem go jak jakiegoś przyjaciela, który żyje razem ze mną w mojej głowie. I pojawia się od czasu do czasu, kiedy mam z czymś problem. Później, tych ''przyjaciół'' było po prostu więcej.

I w sumie, to myślałem, że każdy tak ma. Dla mnie to było zupełnie normalne. Więc wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy Amarin powiedział mi któregoś dnia w skrócie, że ''powinieneś się leczyć stary, bo to na pewno nie jest normalne''. Hah... Było ciężko, oj, było...

A jeżeli chodzi o ten słynny
wypadek... Wiesz, ten z Kagamim...
Jak to się w ogóle stało?
Chcesz mi o tym opowiedzieć?

Ou... O kurwa... To... To będzie mocne, haha!


Mam się bać?

Nieee... Skądże. 

Liczba słów: 13 982

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Formularze osobowości: Yokai

Formularze postaci: Kyo

Formularze osobowości: Ren